Wychowanie
nr 1 (115) styczeń 2017

Od lat wiem jakie powinny być moje priorytety. Bóg, mąż, dzieci, a dopiero potem cała reszta.

Agnieszka Zawisza

Wycieńczeni odpoczynkiem

Od lat wiem jakie powinny być moje priorytety. Bóg, mąż, dzieci, a dopiero potem cała reszta. Od lat na różnych rekolekcjach i warsztatach wałkujemy ten temat i dobrze wiem, że ta kolejność działa najlepiej i daje największa gwarancję udanego życia rodzinnego, małżeńskiego, a także zawodowego. Bo jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu. Bo to małżonkowi, a nie dziecku ślubowałam miłość i wierność aż po grób. Bo dziecko nie jest szczęśliwe, gdy staje się dla rodziców bożkiem lub zajmuje miejsce przynależne żonie lub mężowi w sercu jednego z nich. Niby to wszystko wiem. Ale jak przychodzi co do czego, kiedy trzeba podjąć konkretne decyzje w życiu codziennym, ta cała misterna hierarchia priorytetów wciąż mi się rozjeżdża. Dlaczego tak jest, że łatwo mi przychodzi chcieć, a wykonać już trudniej?

 

MIASTO WCIĄGA

Zawsze chciałam żyć w wielkim mieście. Mieszkając w dzieciństwie na dalekich przedmieściach malutkiego miasteczka, kulturalno-rozrywkowej pustyni, zawsze tęskniłam za możliwościami, o których słyszałam tylko z telewizji. Bogatą ofertą stolicy zachłysnęłam się więc od razu. Toż tu żyć nie umierać: większy dostęp do rozrywek, więcej możliwości ukulturalniania się, więcej szans edukacyjnych, zajęć dodatkowych, ogólnorozwojowych, sportowych. Przynajmniej tak myślałam do niedawna. Ostatnio jednak odczuwam coraz większe zmęczenie. Czyżby okazało się, że jestem jak roztwór, który nasycony substancją, nie jest w stanie przyjąć jej więcej? Ewidentnie daje o sobie znać przeciążenie: atrakcjami, możliwościami, szansami rozwoju i milionami decyzji, które trzeba w ciągu każdego dnia, miesiąca, roku podejmować. Pytam więc siebie: Czy rzeczywiście to co do tej pory wydawało mi się takim pozytywem, sprzyja mnie i mojej rodzinie? Przychodzi weekend, a ja świruję i jeżdżę z jednego końca miasta w drugi korzystając z przeróżnych, niezwykle ciekawych okazji do rozwoju, rozrywki, „aktywnego odpoczynku”. Już z samego rana więc pędzę na warsztaty rozwoju relacji małżeńskiej, w przerwie podrzucając jedno z dzieci na urodziny do kolegi (w wielkim mieście można wybrać szkołę, więc dziecko kolegów ma najczęściej nie na podwórku, ale wiele kilometrów od domu), a drugie na jazdę konną w podmiejskiej stadninie. Z wywieszonym jęzorem gonię na powrót na warsztaty, by skorzystać z otrzymanej szansy pogłębienia małżeńskiej relacji, z których wychodzę wcześniej, akurat na tyle, by zdążyć spóźnić się na proszonego grilla u teściów. A kolejnego dnia spotkanie wspólnotowe, towarzyszenie dziecku we mszy ministranckiej, zawiezienie kolejnego na zawody judo czy piłki nożnej. Ach, a przecież jeszcze akurat dziś mija termin ważności groupona, zakupionego kiedyś nieopatrznie, na bilet w niszowym, ale modnym kinie. Jak trzeba to trzeba, cóż z tego, że artystyczny repertuar zawiera akurat dania zupełnie niestrawne dla takiego jak ja konsumenta. We wszystkich trzech filmach bowiem tematem przewodnim okazuje się bezsens życia, a środkiem do przedstawienia tego fascynującego motywu, staje się wylewająca się z ekranu przemoc i wyuzdany seks. I wnet coś co miało być okazją do małżeńskiej randki, staje się powodem małżeńskiej kłótni, bo ja nie chcę iść na przemoc i gwałt, a mężowi szkoda wydanych pieniędzy.

 

IMPREZA GONI IMPREZĘ

Oczywiście nie zapominajmy o imprezach okolicznościowych dzieci: urodzinach, imieninach - koniecznie rozciągających się na wiele weekendów, bo przecież ugościć trzeba kolegów ze szkoły (co będzie terenem eventu: sala zabaw, basen, kino czy kręgielnia?), rodzinę, a także przyjaciół. A czy wspomniałam już o prorodzinnych wydarzeniach związanych z uroczystościami szkolnymi w każdej z trzech różnych placówek, do których uczęszczają nasze pociechy? Tu piknik rodzinny, tam dzień formacyjny, tu familijne warsztaty. A jeśli jeszcze, nie daj Boże, wypadnie festyn dzielnicy, albo jak na złość przyjedzie wesołe miasteczko – mamiąc dzieci diabelskim młynem kolorowych atrakcji? Czy czujecie już tę presję korzystania z tych -zawsze bezwzględnie wartościowych dla rodziny - aktywności? Ale przecież to tylko jeden weekend, a czas nie jest z gumy! Przecież nasze ciała i umysły też mają granice wydolności! Dlatego padamy w niedzielę wieczorem dokumentnie wycieńczeni tym całym odpoczynkiem i z radością zanurzamy się w uspokajającą rutynę dnia roboczego. Ale, ale, czy na pewno? Przecież także tu gruntownie przemieleni zostaniemy za chwilę przez idący pełną parą młyn zajęć dodatkowych, wizyt lekarskich, korepetycji, treningów itp. Jak wielu miejskim rodzinom tak właśnie przychodzi żyć? A może właściwie gonić w piętkę, bo na życie, to ja tu przestrzeni nie widzę. Śmiem podejrzewać, że wielu. (to zdanie można usunąc, jeśli to coś da) To co miało być radością i okazją, staje się męczarnią i przekleństwem. Bo wykańcza nas konieczność dokonywania dziesiątków wyborów dziennie, wyborów nie mniej rozdzierających, niż ten, który przypadł oślinie z wiersza Fredry. Bo też wybierać musimy z dwojga „dobrego”, między rozwiązaniami, z których każde jest wartościowe, ciekawe, rozwijające i atrakcyjne. Osiołkowi w żłoby dano obficie, tyle że tym razem zwierzę umiera nie z głodu, lecz przeżarcia, a żłobów nie dwa, lecz kilkanaście. I z każdego uszczknąć próbujemy odrobinę smakowitości. Aż w końcu padamy nasyceni ponad miarę na deski stajni, pokonani przez nasze nadmierne łakomstwo i ciężko dyszymy na myśl, że jutro znów rozpocznie się nowe obżarstwo, a my nie dość, że nie jesteśmy już głodni, to wręcz zapomnieliśmy co to znaczy głód. I już nam nawet te wyszukane smaki nie dają radości, bo wolelibyśmy poskubać trochę wyschniętej trawy na jakiejś zapadłej łące. Pod warunkiem, że daliby nam wszyscy święty spokój… 

 

ZOSTAJE TYLKO CZKAWKA

Ale nie odpuszczamy, bo wciąż nie chcemy czegoś stracić, żałować, że coś przepadło. A może tam gdzie nas nie ma jest jeszcze piękniej, może trawa tam bardziej zielona, może zaliczenie kolejnego punktu programu da nam więcej szczęścia? Okazuje się jednak, że w tym szaleństwie nie ma metody, że duch nieroztropnie ochoczy, lecz ciało nieznośnie słabe i to co miało dawać radość przynosi złość i rozczarowanie, bo atrakcja staje się ważniejsza od tych, którzy w niej uczestniczą, bo nikt nie jest zadowolony, bo wszędzie się spóźniamy, bo chcielibyśmy siąść, ucieszyć się z chwili, która jest, ale nie możemy, bo już trzeba biec, by łapać następną, która będzie. A przecież nie każdy lubi szybko i dużo, są tacy, którzy woleliby mniej, ale wolniej. Ale tych nikt nie słucha. A szkoda, bo to czego się w pośpiechu nad miarę nałykam, za chwilę odbije się czkawką rozdrażnienia i znużenia. Paliwo w baku potrzebne, ale nie da się go wlać więcej niż pod korek. Pamiętajmy o tym, gdy najdzie nas pokusa dorzucenia czegoś do i tak już wypełnionego kalendarza. Bo jak ktoś powiedział: Konieczny do życia jest tylko tlen, cała reszta to kwestia priorytetów".

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK