Wychowanie
nr 11(125) listopad 2017

Nie tak miało być. Ostatni rok był ciężki, więc ledwo „doczłapaliśmy” do końca czerwca. 

Aneta Wardawy

Ale o co chodzi? ZAPYTAJ

Najstarsza córka podczas czekania na lawetę zapytała mnie, dlaczego Pan Bóg nie pozwala nam wyjechać na wakacje, i czy to oznacza, że nas nie kocha. Nie wiedziałam, co powiedzieć.
 

 

Nie tak miało być. Ostatni rok był ciężki, więc ledwo „doczłapaliśmy” do końca czerwca. Wakacje zaplanowaliśmy pieczołowicie. Plan był prosty: najpierw rekolekcje, a potem wymarzony urlop nad morzem. Całą rodziną czekaliśmy na to leniwe nicnierobienie ;)
 

Ostatni mechanik

Trzy tygodnie później wracaliśmy z rekolekcji, kiedy nagle nasz samochód stanął na środku drogi. Zamarliśmy. Dzieci, niewiele rozumiejąc, szczebiotały z tyłu, natomiast my, rodzice, już wiedzieliśmy. Nie jest dobrze. Nie da się w kilku słowach opisać wszystkich wydarzeń i nerwów. Wieczór, 120 km od Warszawy i piątka dzieciaków, które jak na złość zaczęły dokazywać. Kilka godzin później byliśmy w domu, nie bez perturbacji. Udało się bezpiecznie wrócić, nie zostaliśmy sami, Opatrzność czuwała.

W ciągu kilku następnych dni okazało się, że awaria jest dość poważna. Wszyscy mechanicy rozłożyli ręce. Kiepsko to wyglądało. Dzieciaki dopytywały, czy mają się pakować, a my tkwiliśmy w zawieszeniu, powtarzając im, że wszystko w rękach Pana Boga, cicho wzdychając: „Jezu, Ty się tym zajmij…”. Czekaliśmy. W ostatniej chwili znalazł się mechanik, który wziął nasze auto na warsztat.
 

Znów na pustkowiu

Tuż przed wyjazdem odebraliśmy samochód. Udało się! Ruszamy! Wielka była radość całej rodziny. Dzieciaki z zapałem upychały do samochodu swoje plecaczki i torby z zabawkami plażowymi. Wystartowaliśmy, dziękując Panu za kolejną szansę, za samochód, mechanika i morze, które wkrótce zobaczymy… I nagle, 60 km za miastem, samochód stanął. Wtedy zrozumieliśmy, że urlop znika za horyzontem. Rozpacz dzieci była ogromna. Najstarsza córka podczas czekania na lawetę zapytała mnie, dlaczego Pan Bóg nie pozwala nam wyjechać na wakacje, które dałyby nam tyle radości, i czy to oznacza, że nas nie kocha. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Bałam się, że kiedy otworzę usta, sama wybuchnę płaczem. Przed oczami stanęły mi godziny pakowania, nieprzespane noce i powtarzane: „Jak dojedziemy, to odpocznę”. Tyle planowania, szykowania, pieniędzy, które włożyliśmy w naprawę samochodu. A tu kolejna poważna awaria. Byłam tak rozgoryczona i zła, że choć w takich momentach staram się zwracać do Boga, tym razem nie chciałam nawet z Nim rozmawiać. Noc, stanęliśmy po środku niczego. Siedziałam, słysząc kwilenie dzieci na tylnych siedzeniach, i sama hamowałam łzy. W mojej głowie kłębiły się myśli i pytania: „Dlaczego tak się stało? Jak im to wytłumaczyć?”.
 

Wytłumaczysz się, Boże?

I nagle przyszła myśl: nic nie trzeba tłumaczyć. Powiedziałam: „Słuchajcie, jest mi strasznie przykro, że tak się stało. Wiem, ile ten wyjazd dla was znaczył. Zrobiliśmy z tatą wszystko, co w naszej mocy, ale Bóg ma plan na życie każdego człowieka i dopuścił to, co się stało dwa tygodnie temu i teraz. Nie wiem, dlaczego, i nie wiem, po co, ale ufam, że tak jest dla nas lepiej, nawet jeśli teraz tego nie widzimy. Bo On nas kocha i wszystko robi dla naszego dobra. Wiem, że teraz kiepsko to wygląda, że jesteście smutni, być może źli, ale będzie dobrze. Damy radę. Bo On jest tu z nami i nas nie zostawił”. Przestali chlipać i w samochodzie zapadła cisza.

Kilka godzin później wróciliśmy do domu. Maluchy chyba nie bardzo rozumiały sytuację, natomiast starsze dzieci były już spokojne. Następnego dnia podczas rozmowy z mężem powiedziałam, że ja też nie rozumiem. Mieliśmy ciężki rok, tak wiele wysiłku kosztowała nas codzienna praca „w Jego winnicy”, a nawet nie dał nam odpocząć przed kolejnym trudnym wyzwaniem.
 

Jest odpowiedź!

Wtedy starsza córka, która przysłuchiwała się naszej rozmowie, powiedziała: „Skoro nie wiecie, to dlaczego Go nie zapytacie? Otwórzcie Pismo Święte, to wam powie”. I wtedy zrozumiałam. Dotarło do mnie, co się stało poprzedniego dnia. Tu nie chodziło o nas, ale o nich. To była trudna sytuacja. Ale była to także możliwość pokazania naszym dzieciom, że trudne chwile to też czas obecności Boga w naszym życiu. Nie zawsze jest tak, jak planujemy, nie zawsze jest miło i przyjemnie, czasem pojawiają się nieoczekiwane zwroty akcji, które wydają się świadczyć o braku Opatrzności. Pytanie: „Co my, rodzice, z tym zrobimy?”. Czy zanurzymy się w swojej złości i rozczarowaniu czy przekujemy to w zaufanie Bogu? Warto pamiętać, że trudne sytuacje są doskonałą okazją do wychowywania dziecka do budowania osobowej relacji z Bogiem. Dzieci uczą się przez przykład, bacznie obserwując nasze reakcje tak na pomyślne, jak i niemiłe zdarzenia. Nasza sytuacja (dwukrotnie) stała się okazją do rozmowy o zaufaniu. Mam nadzieję, że pokazaliśmy naszym dzieciom, że różne przeszkody nie wynikają z braku Bożej miłości do nas. Pan Bóg ma plan na nasze życie i Jego plan jest DOBRY. Niezależnie od tego, co my teraz widzimy, On widzi dalej i szerzej. Tego dnia przy dzieciach otworzyliśmy Pismo Święte i rzeczywiście dostaliśmy słowa otuchy. Nie tylko my, ale i one usłyszały żywe Słowo i stały się członkami dialogu Boga z naszą rodziną. Świadkami Jego żywej obecności w naszym życiu. Dostaliśmy to doświadczenie razem i przeszliśmy przez nie razem, jako rodzina. A dla mnie niesamowitym i ważnym drogowskazem były słowa naszego 9-letniego dziecka: „Dlaczego nie zapytacie Gow, o co chodzi?”.
 

 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK