Alfabet Papieża Rodzin
nr 10 (76) PAŹDZIERNIK 2013

Andrzej S. Zieliński

Widziałem jego radość

Kiedy go poznałem, miał 38 lat i właśnie został biskupem. Nie zapomnę tego spojrzenia, radości na Jego twarzy i słów, które powiedział do mnie: "Włos krótki, spojrzenie śmiałe – chłopak na 6!". Miałem wtedy 21 lat.
 

Był 4 listopada 1958 roku. W domu p. Antoniny Riegerowej w Krakowie odbywało się spotkanie imieninowe nowo konsekrowanego biskupa krakowskiego z tzw. Środowiskiem. Obawy nasze, że kontakty (zarówno duszpasterskie, jak i towarzyskie) mogą być teraz utrudnione, szybko rozwiał, stanowczo i radośnie oświadczając: „Wujek zostaje wujkiem!”. Był to dla mnie szczególny i niezwykle ważny dzień. Zostałem przedstawiony nowemu biskupowi (najmłodszemu wówczas w polskim episkopacie – miał zaledwie 38 lat!). Nie zapomnę tego spojrzenia, radości na Jego twarzy i stwierdzenia: „Włos krótki, spojrzenie śmiałe – chłopak na 6! Skąd takiego wzięliście?”. To wnik-liwe spojrzenie, oceniające zewnętrzne cechy człowieka, sięgało jednocześnie w głąb duszy. I zawsze towarzyszyła mu niekłamana radość – radość rybaka z udanego połowu. Tak było za każdym razem, gdy spotykał nowego człowieka i pozyskiwał go do owczarni Pana. W czasie studiów doświadczyliśmy wielkiego daru uczestnictwa w różnych spotkaniach z ks. biskupem, Wujkiem – tak mogliśmy do niego mówić, tak go tytułować i to zostało do końca Jego dni. To był czas skupienia, modlitwy, słuchania tego, co i jak mówi, obserwowania, co czyni. W Jego sposobie głoszenia Ewangelii była wielka żarliwość, ale także ogromna radość – tym większa, gdy rodził się owoc w postaci powołania osobistego, rodzinnego i zawodowego u któregoś z nas. Wielokrotnie powtarzał nam: „Módl się o to, byś odnalazł swoje powołanie”. Poznawał nas, nasze rodziny, to była radość studiowania człowieka, jego korzeni, a także środowiska, w którym wzrastał, i początków jego formacji duchowej.
 

Z radością udzielał nam ślubów lub wyświęcał nas na kapłanów. Wszystkie czynności kapłańskie wykonywał z ogromnym skupieniem, w którym jednak widoczna była też emanująca z niego radość obcowania z Bogiem. Chrzcił nasze dzieci, udzielał im Pierwszej Komunii Świętej, bierzmował je, a także prowadził pogrzeby naszych bliskich. Z uwagą śledził nasze życie rodzinne i zawodowe. Interesował się wzrastaniem nowego pokolenia kajakowego, jako kardynał zapraszał dzieci na kinderbale i spotkania kolędowe do swojej siedziby przy ul. Franciszkańskiej. Śpiewał z nami, żartował z maluchami i widać było, jak go to raduje i regeneruje. A był przecież tytanem pracy. Na spływach codziennie wieczorem rozbijaliśmy nowy biwak. Gromadziliśmy się wszyscy przy ognisku. Było to radosne spotkanie przy śpiewie repertuaru harcerskiego, patriotycznego, powstańczego, kresowego, a także ludowych piosenek zespołu Mazowsze i Śląsk. Nie trzeba było długo prosić, aby Wujek zaśpiewał solo lwowską piosenkę o bokserze Louisie. Śpiewał pięknie, czystym, mocnym głosem, ze wspaniałą dykcją, a pięknym lwowskim akcentem i mimiką podkreślał charakterystyczne momenty ballady. Były też piosenki humorystyczne, do których na bieżąco Wujek tworzył zwrotki dotyczące osób, miejsc i sytuacji związanych z wyprawą.

Kiedy odwiedził nas w naszym warszawskim mieszkaniu w czerwcu 1978 roku na cztery miesiące przed wyborem na Stolicę Piotrową, spotkał tam naszego przyjaciela, jednego z pierwszych członków Środowiska krakowskiego. Witając się z nim radośnie, serdecznie powiedział: „Czesiu, albo cię wyświęcę, albo cię ożenię!”. Z Czesławem i jeszcze jedną zaprzyjaźnioną rodziną ze Środowiska polecieliśmy do Watykanu na święta Bożego Narodzenia w 1997 roku. Przypomniałem Wujkowi wtedy Jego słowa, m—wiąc, że nie zawsze wszystko się Wujkowi udawało (Czesław pozostał kawalerem). Bardzo sź wtedy z tego śmiał. W jubileuszowym roku 2000 pojechaliśmy dużą, kilkudziesięcioosobową grupą do Castel Gandolfo, by przedstawić Wujkowi trzecie pokolenie kajakowe (nasze wnuki). W jeden z wieczorów na dziedzińcu pałacu rozłożyliśmy składany kajak i ułożyliśmy z drzewa imitację ogniska. Był to wieczór pełen wspomnień, anegdot, śpiewania kajakowych piosenek. Pod koniec spotkania trudno było uwierzyć, że to ten sam stary i schorowany człowiek, który powitał nas kilka godzin wcześniej. Jego twarz odmłodniała o kilkanaście lat, a On sam wyraźnie nie mógł się z nami rozstać i długo wychodził, żegnając się i rozmawiając z każdą rodziną. Innym razem, w 2003 roku pojechałem z całą rodziną do Castel Gandolfo, gdzie Ojciec Święty spędzał czas letniego wypoczynku. Byłem ze wszystkimi trzema córkami, zięciami i wnukami. .Jedliśmy z Wujkiem obiad, a maluchy,

nie mogąc usiedzieć na miejscu, biegały po jadalni. Wujek, wyraźnie zadowolony, skwitował: „Jak ja dawno takiego dziecięcego harmidru nie słyszałem”. I widać było wyraźnie, jak wiele sprawiło mu to radości. Do końca pozostał wierny swoim przyjaźniom. Przez 27 lat Jego pontyfikatu na każde święta wielkanocne i Bożego Narodzenia jechała do Niego przynajmniej jedna rodzina ze Środowiska. Odwiedzaliśmy Go też przy innych okazjach. Zawsze znajdował czas, by zaprosić nas na prywatną Mszę świętą i spotkanie przy posiłku. Żaden z naszych listów, których wiele pisaliśmy przez te wszystkie lata, nie pozostał bez odpowiedzi. Ostatni z nich, podpisany Jego ręką, został wysłany z Watykanu 2 kwietnia 2005 roku.

 

 

 

 

 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK