Temat numeru
nr 3 (93) MARZEC 2015

Oczywiście błędów w relacjach nie da się uniknąć, a emocje ponoszą obie strony, dlatego w każdym małżeństwie konieczne jest przebaczenie. Najlepiej jeszcze przed zachodem słońca…

Agnieszka Zawisza

Jak się dogadać?

Regularne walki o rację, kolekcjonowanie i pielęgnowanie wzajemnych uraz. Ile razy obiecywaliśmy sobie, że w naszym małżeństwie na pewno tak nie będzie – i co?

 

Na większość problemów małżeńskich radę można dać jedną: porozmawiajcie!

Czemu zatem preferujemy dąsy, przedłużającą się ciszę, szum radia czy kolorowy świat serialowych mydlanych konwersacji? Może wynika to ze złych doświadczeń, którymi nasiąkliśmy w domu rodzinnym, gdy usta rodziców miotały słowa raniące bardziej niż kule armatnie lub atmosfera gęstniała od ciągnącej się całymi tygodniami ciszy i niewypowiedzianych pretensji. Okazuje się, że sztuka męsko-damskiej komunikacji wymaga wysiłku i ciągłego treningu, a także niemałej wiedzy. Aby dobrze się porozumieć, trzeba przede wszystkim mówić tym samym językiem, a przecież „mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus”, stąd i języki na każdej z tych planet są zgoła inne, są również używane w nieco innym celu.

 

Porozmawiaj z nią

Mężczyzna mówi praktycznie wyłącznie po to, by przekazać bądź uzyskać informacje. Dla kobiety natomiast rozmowa to sposób na pozbycie się napięcia, uzyskanie zrozumienia i wsparcia, a czasem także znalezienie rozwiązania problemu, które najczęściej samo przychodzi jej do głowy, gdy o trudnościach mówi. Stąd częste fiasko męsko-damskich rozmów, gdy on zamiast uważnie i z zainteresowaniem słuchać, zaczyna udzielać rad, krytykuje lub tylko udaje, że słucha. Mężczyzna z kolei nieczęsto czuje potrzebę dzielenia się z kobietą uczuciami, gdyż swoje emocje woli przetrawić we własnym zakresie. Do tego potrzebna mu cisza i nikim niezmącony spokój. On traktuje rozmowę czysto instrumentalnie: skoro nic się nie wydarzyło, o czym tu gadać? Wtedy ona zaczyna podejrzewać najgorsze, czuje się zaniedbywana, niekochana, nieważna. Narasta w niej napięcie, które nigdzie nie może znaleźć ujścia. Jedyną okazją do wymiany emocji staje się więc… kłótnia. Nie rozmawiaj z nią dzień, to będzie się scenicznie dąsać, nie rozmawiaj tydzień, a wywołasz atak tsunami, który zniszczy wszystko, co napotka na swej drodze, włączając w to twój tak upragniony spokój. A tymczasem wystarczyłoby choć piętnaście minut dziennie prewencyjnego dialogu, by silnie wstrząśnięta wydarzeniami dnia żona „po odkorkowaniu” nie wybuchła…

 

Pozwól mu pomilczeć

On z kolei ma czasem (często?) potrzebę pomilczeć. Wyłączyć się. Pomyśleć o… niczym. I nawet jeśli na planecie Wenus to coś niesłychanego, trzeba tę potrzebę uszanować. Pozwól mu na to i nie pytaj w kółko: „O czym myślisz?”, bo zgodna z prawdą odpowiedź: „O niczym” mogłaby cię nie zadowolić. A to, że potrzebuje chwili dla siebie, nie znaczy, że cię już nie kocha! No chyba że jest to milczenie taktyczne, wynikające ze złych doświadczeń, których sama jesteś przyczyną. Niejeden mężczyzna zdążył się bowiem nieraz przekonać, że często bezpieczniej skorzystać z prawa do milczenia, gdyż wszystko, co powie (w chwili słabości bądź  w zaufaniu), może zostać w najmniej spodziewanym momencie wykorzystane przeciwko niemu.

 

Szkoła przebaczenia

Oczywiście błędów w relacjach nie da się uniknąć, a emocje ponoszą obie strony, dlatego w każdym małżeństwie konieczne jest przebaczenie. Najlepiej jeszcze przed zachodem słońca… Nie każdy jest na tyle dojrzały, by się do błędu przyznać czy za niego przeprosić. W takich przypadkach może lepiej za radą Seneki czasem „nie zauważać obrazy, niż się za nią mścić” czy tygodniami czekać na przeprosiny? Nie każdy jest też na tyle silny, by współmałżonkowi od razu wybaczyć. Przebaczenie nie oznacza jednak udawania, że nic się nie stało, że bólu nie było. To raczej decyzja rozumu i woli o przyjęciu na nowo człowieka, który cierpienie zadał, zrzeczenie się prawa do celebrowania żalu, wypominania, zemsty. Bez przebaczenia niedaleko zajedzie się na małżeńskim wózku. A próbując wciąż na nowo przeżuwać kamień obrazy, niejeden już połamał sobie na nim zęby.

 

Dobra kłótnia

Choć awantury od dzieciństwa źle nam się kojarzą, kłótnia w związku to nie koniec świata. Niepoprawny egoista w każdym z nas dąży przecież przede wszystkim do realizacji własnego dobra i własnego planu, a tam, gdzie zderzają się dwa przeciwne dążenia – o co w małżeństwie nietrudno – konflikt gwarantowany. Kłótnia czy kryzys małżeński to nic przyjemnego, nic więc dziwnego, że próbujemy ich unikać. Nie zawsze jednak jest to droga słuszna, gdyż taktyka ta prowadzić może wręcz do zaognienia sytuacji. Gdy bowiem jedno z małżonków notorycznie wyrzeka się realizacji swoich potrzeb dla tzw. świętego spokoju, bunt na pokładzie to tylko kwestia czasu. Kryzys, jeśli jest dobrze przeżyty, może przynieść pozytywne skutki. Wiedzą o tym Chińczycy, którzy opisują go dwoma znakami, z których pierwszy odznacza niebezpieczeństwo, drugi zaś szansę. Szansę na oczyszczenie atmosfery, szczerą rozmowę, ujawnienie skrywanych emocji, pretensji, wyjaśnienie prawdziwych motywów postępowania, szukanie wspólnych rozwiązań. Często taka konfrontacja pozwala osiągnąć kompromis, a nawet prowadzi do rozwoju związku. Czasem konieczne jest tzw. zaparkowanie tematu i powrót do niego po jakimś czasie. Wtedy może się zresztą okazać, że problem sam się rozwiązał…

 

Szukaj dobra

Ktoś kiedyś słusznie zauważył, że „w długotrwałych związkach zwykle przeceniamy to, kim nasz partner nie jest, i nie doceniamy tego, kim jest”. Gdy w poradni małżeńskiej prosi się męża lub żonę o wymienienie jednej cechy współmałżonka, która szczególnie im przeszkadza, z rozczarowaniem pytają: „Tylko jednej?”. Na ten małżeński niedosyt krytyki interesujące antidotum znalazły niektóre wspólnoty zrzeszające małżeństwa, m.in. Domowy Kościół i Equipes Notre-Dame. Co miesiąc małżonkowie praktykują tzw. dialog małżeński, który rządzi się ścisłymi regułami. Małżonkowie (po wcześniejszej modlitwie) mają za zadanie wymienić jak najwięcej zachowań współmałżonka z ostatniego miesiąca, za które chcą mu podziękować. Dla zwolenników narzekania nie jest to wyliczanka łatwa i często nie mogą się doczekać przejścia do następnego etapu, gdzie będą mogli z siebie wyrzucić to, co ich w zachowaniu małżonka zraniło. Ale tu niespodzianka, żadnych litanii, bo negatyw może być tylko jeden… To dopiero szkopuł, bo co tu wybrać, tyle się przecież tego nazbierało… Można się na ten dialogowy rygor zżymać, trudno jednak odmówić mu skuteczności. Kiedy przypomnę sobie dobro, którym obdarował mnie współmałżonek, i o nim powiem, a także otrzymam w zamian podobna „wiązankę”, moje nastawienie ulega przemianie. Już nie czekam na dialog jak na spotkanie na ringu bokserskim, ale zamiast wpadek współmałżonka niczym perełki kolekcjonuję w pamięci dobre doświadczenia, by móc mu za nie potem podziękować, zwłaszcza jeśli w codziennym pośpiechu nie było na to okazji. Może więc warto spróbować dialogu małżeńskiego? Każdy pomysł wart jest zastosowania, jeśli tylko może pomóc nam się dogadać. A sztuka dyplomacji przydaje się nie tylko w polityce.

 

Pełna wersja artykułu dostępna na stronie www.takrodzinie.pl (w zakładce Różne)

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK