Rozwój duchowy małżonków
nr 10 (196) październik 2023

Czy wśród wielu prezentów, którymi obsypujemy własne dzieci, jest dar czasu? Nasze dzieci zawsze miały komu opowiedzieć, co się wydarzyło. Słuchaliśmy, niczego nie bagatelizując. To my byliśmy ich psychologami – może dlatego jakoś nigdy nie musiały korzystać z pomocy szkolnych specjalistów?

 

Beata i Tomasz Stużanowscy

Zanim zaprowadzimy dziecko do psychologa...

W polskich szkołach brakuje 2700 psychologów. Nieustannie wzrasta odsetek uczniów borykających się z depresją, odrzuceniem społecznym, obniżonym nastrojem, agresją, niską samooceną i wieloma innymi problemami. Młodzi potrzebują fachowej pomocy, o którą jednak trudno, bo na jednego psychologa szkolnego przypada w Polsce średnio 785 uczniów. Rodzice niepokoją się tą sytuacją i z wielką obawą posyłają dzieci do szkoły.

 

To nie wina szkoły

Tyle mniej więcej wynika z bijącego na alarm dość długiego artykułu, który jakiś czas temu pojawił się na jednym z portali internetowych. Żeby było jasne: poniższymi refleksjami w żaden sposób nie zamierzamy deprecjonować pracy psychologów ani nie negujemy danych statystycznych świadczących, jak bardzo brakuje ich w polskich szkołach. Tym bardziej nie lekceważymy zarysowanych wyżej problemów trapiących dzieci i młodzież. Ale…

Owszem, nie jesteśmy psychologami. Jesteśmy natomiast rodzicami z wieloletnim stażem, a jedno z nas pracuje jako nauczyciel-wychowawca, i uważamy, że zwalanie winy za złą kondycję psychiczną polskich dzieci wyłącznie na szkołę to diagnoza z gruntu niepełna, a gdy formułują ją rodzice – wręcz niesprawiedliwa i kłamliwa. Dlaczego?

 

Spójrzmy na siebie

Stara prawda głosi, że lepiej zapobiegać, niż leczyć. Zamiast płakać nad rozlanym mlekiem, gdy sypie się psychika naszego dziecka, może lepiej zastanowić się, jak my, rodzice, moglibyśmy zapobiec takiej sytuacji. Bo może zasadniczą przyczyną psychicznych perturbacji jest zawiniona przez dorosłych niestabilność relacji rodzinnych? Może należałoby bardziej zadbać o jakość naszego małżeństwa, aby oszczędzić dziecku obrazu wiecznie kłócących się rodziców czy traumy rozwodu? Słusznie ktoś rzekł, że największy prezent, jaki można ofiarować dziecku, to obraz kochających się nawzajem mamy i taty…

Idąc dalej, zastanówmy się, jaka jest nasza miłość do dziecka – bo może jest warunkowa? Może dziecko żyje w ciągłym lęku, że nie sprosta naszym oczekiwaniom? Ileż razy widziałem (Tomek) panikę i łzy w oczach ucznia po otrzymaniu złej oceny. Ile razy słyszałem: „Oni mnie zabiją!”. Skąd ten strach? Bo rodzice nie życzą sobie żadnych kłopotów, które zmuszałyby ich do większego zaangażowania i zainteresowania się dzieckiem. W szkole ma być „na błysk”. Tymczasem miłość rodziców powinna być naśladowaniem miłości Boga, który kocha nas bezwarunkowo! My nie musimy zdobywać Jego przychylności i aprobaty (co nie znaczy, rzecz jasna, że On nie stawia nam żadnych poprzeczek).

 

Problemy zaczynają się w kołysce

Czy budujemy w naszych dzieciach poczucie własnej wartości? Czy słyszą od nas często, że je kochamy, że mogą zawsze na nas liczyć? Z drugiej zaś strony – czy potrafimy stawiać im realne wymagania, wyznaczać granice, których nie wolno im przekroczyć, bo jeśli to zrobią, to poniosą konsekwencje swoich decyzji? (ale ostrożnie: szlaban na komputer lub komórkę za każde bez wyjątku przewinienie to kiepski środek wychowawczy…).

Skoro już jesteśmy przy mediach i elektronice… Na co pozwalamy w tym względzie naszym dzieciom? Czy dbamy, aby nie stykały się z treściami, które mogłyby poczynić poważne szkody w ich psychice? A może przeciwnie – jesteśmy zadowoleni, że dziecko siedzi cicho w swoim pokoju (a siedzi cicho, bo ogląda jakiś horror, czyta pornograficzną mangę lub faszeruje się jakimś rozmiękczającym mózg serialem?). Ba – tu piszemy o większych dzieciach, tymczasem często problem zaczyna się – dosłownie! – w kołysce. Bo jakie to proste – dać dwulatkowi smartfon i niech sobie ogląda godzinami kreskówki…

Czy wśród wielu prezentów, którymi obsypujemy własne dzieci, jest dar czasu? Nasze dzieci do dziś wspominają, że zawsze miały komu dokładnie opowiedzieć, co danego dnia wydarzyło się w szkole czy na podwórku. Córka wyrzucała to z siebie zaraz po powrocie, niemal w drzwiach, syn trochę później. Słuchaliśmy uważnie i cierpliwie, niczego nie bagatelizując i odstawiając na później swoje sprawy. To my byliśmy ich psychologami – może dlatego jakoś nigdy nie musiały korzystać z pomocy szkolnych specjalistów?

I wreszcie – last but not least – czy staramy się przekazać naszym dzieciom wiarę – tę ostatnią i najskuteczniejszą zaporę chroniącą przed wszystkimi lękami i obawami? Czy staramy się wpoić im mocne, niewzruszone przekonanie: „Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?” (Rz 8, 31).

 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK