Wywiady
nr. 10 (160) październik 2020

Pomiędzy szczęściem a przyjemnością nie możemy postawić znaku równości. Kobieta, która rodzi, jest umęczona, zbolała, ale szczęśliwa, bo jej dziecko przyszło na świat - mówi s. Anna Maria Pudełko AP

Sylwia Środa

Przepisowy katolik nie osiągnie szczęścia

„Szczęście nie może być celem samym w sobie, ale staje się owocem wyborów, których dokonujemy” – mówi s. Anna Maria Pudełko AP. Nie chodzi o przyjemności i realizację własnych potrzeb. Jak więc osiągnąć szczęście?

 

Szczęście to…

S. Anna Maria Pudełko AP: Nie ma jednej definicji szczęścia. Ilu ludzi, tyle definicji szczęścia. Chociaż im bardziej przyglądam się życiu i próbuję je opisywać, to szczęście widziałabym bardziej jako owoc czegoś, a nie jako cel, do którego dążymy.

 

Szczęście nie może być celem?

Spotykam ludzi, którzy za cel życia stawiali sobie szczęście i bardzo szybko odnaleźli rozczarowanie, rozgoryczenie, zgorzknienie. Szczęście nie może być celem samym w sobie, ale staje się owocem wyborów, których dokonujemy. Realizując własne potrzeby, nie osiągniemy długotrwałego szczęścia. Wymarzony dom, samochód, wakacje, praca, studia – nie twierdzę, że to jest złe – nie sprawią, że będę szczęśliwy, szczęśliwa. Niektórym strefa „mieć” wystarcza. Często jednak dochodząc do pewnego pułapu, czujemy, że to już nie smakuje, i chcemy więcej.

Ale są też ludzie, którzy budują swoje szczęście na wartościach. To sfera „być”. Jeśli będę człowiekiem, który potrafi kochać, jest wrażliwy, prawdziwy, sprawiedliwy, współczujący, miłosierny, to osiągnę spełnienie i szczęście. Takie szczęście to właśnie owoc wartości, które wybieramy. Wydaje mi się bardziej głębokie i długotrwałe.

 

Ale współczesny świat zagłusza strefę „być”, a naciska na „mieć”. To posiadanie sprawi, że będzie mi przyjemnie, będę szczęśliwym człowiekiem…

Pomiędzy szczęściem a przyjemnością nie możemy postawić znaku równości. Kobieta, która rodzi, jest umęczona, zbolała, ale szczęśliwa, bo jej dziecko przyszło na świat. Szczęście to też trud, zmaganie, cierpienie. Można być bardzo nieszczęśliwym, mając wszystko, a można także być bardzo szczęśliwym pośród życiowych zawirowań. Ale można też być bardzo szczęśliwym i spełnionym w błogostanie.

Bardzo ważne jest to, na czym opieramy nasze życie, co jest jego fundamentem, co nadaje mu sens, czy sens jest celem, czy staje się owocem naszych decyzji.

Z perspektywy ludzi wierzących człowiek szczęśliwy to człowiek, który żyje w Bożej łasce, w przyjaźni z Bogiem. Wydaje mi się, że to, co czyni nas głęboko szczęśliwymi i daje nam namiastkę nieba, to doświadczenie miłości, tego, że jestem jako osoba przyjęta, kochana, zrozumiana. Ale mogę też przyjmować, rozumieć, kochać, dawać siebie, wspierać, budować dobre relacje, więzi. I znowu to jest bardziej sfera bycia niż posiadania.


Tak, tylko wielu wierzących sprawia wrażenie nieszczęśliwych, a niewierzących –szczęśliwych.

Nie możemy myśleć stereotypami, że każdy niewierzący jest skazany na życiową porażkę, a wierzący to szczęśliwi ludzie. Wiara to nie tylko celebrowanie rytów, ale to osobowa więź z Bogiem. Sama świadomość tego, że mam Kogoś, z kim mogę prowadzić głęboki dialog, na kogo mogę zawsze liczyć, kto jest źródłem wszystkiego, co najlepsze, daje poczucie bezpieczeństwa, zaprasza do głębokiego rozwoju. Jeśli osoba, która deklaruje się jako wierząca, jest tylko przepisowym katolikiem, nie ma tej osobowej i świadomej więzi z Bogiem. Przeżywa swoje życie jako zbiór rytów, obowiązków religijnych, a to nie daje satysfakcji. Natomiast kiedy jest głęboka relacja z Bogiem, wszystko wygląda zupełnie inaczej. Popatrzmy na świętych. Potrafili wnosić nadzieję, uśmiech, ciepło, radość, przebaczenie często w najbardziej nieludzkich warunkach. To ludzie prawdziwie szczęśliwi.

Natomiast osoby, które nie spotkały Boga, osoby niewierzące, poszukujące nie są wykluczone ze szczęścia. Tylko mam wrażenie, że przez życie idą po omacku, bo Bóg tak stworzył nasze serce, że ono naturalnie lgnie do dobra. Nawet człowiek, który nie spotkał jedynego Boga, ale stara się wybierać wartości, ma serce otwarte na miłość czy dobro, będzie tego szczęścia doświadczał. Z tą różnicą, że nie będzie wiedział, komu to wszystko zawdzięcza.
 

Z czego wynika brak szczęścia ?

Przyczyną na pewno jest zakłamane życie – pokazujemy się innymi, niż jesteśmy, wchodzimy w iluzję, okłamujemy samych siebie, innych, brakuje nam odwagi do życia prawdą, przejrzystością. Drugim powodem jest brak przebaczenia. Kolejny złodziej, który wykrada nam szczęście, to brak wdzięczności. Wolimy narzekać.  

 

Można się szczęścia nauczyć?

Myślę, że można nauczyć się prawdziwego, pięknego życia, a szczęście będzie owocem. Można się nauczyć być człowiekiem autentycznym,  otwartym na relacje. Człowiekiem, który zauważa dobro, nie wstydzi się dobra i wybiera dobro. Potem będzie to owocowało coraz większym szczęściem i doświadczeniem miłości w naszym życiu. Miłości, która jest nie tylko zachwytem czy więzią czysto emocjonalną, ale miłości, która jest postawą wybierania dobra. Możemy uczyć się postaw, które zaowocują szczęściem.
 

Jak dziś rozumieć słowa: „Więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu”?

To mówi św. Paweł i ciekawe jest to, że akurat te słowa Jezusa przytacza. Mówi to w kontekście dzielenia się dobrami materialnymi. Prosi: niech każdy da to, co postanowi w swoim sercu. Czyli nie dawajcie na siłę, ale też nie skąpcie. Ten, kto potrafi dać, bo czuje się bogaty, bo czuje się wartością, staje się szczęśliwy.

Umieć przyjąć od kogoś dar bez mówienia: „A to było niepotrzebne, nie musiałeś” to też wielka umiejętność życia. I czasami nas to kosztuje. Ale umieć dać takim hojnym i pięknym sercem to sztuka życia. Dać nie dlatego, że coś mi zbywa, ale czuję, że mogę i bardzo chcę się z kimś podzielić.

 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK