Reportaż
nr 12 (174) Grudzień 2021

„Bóg spełnił nasze marzenie, chociaż z punktu widzenia medycyny mieliśmy małe szanse na potomstwo. Jestem szczęśliwy” 

Natalia Rakoczy

Nauczę cię, synku, jazdy na rowerze

Grzesiek miał takie zwykłe, proste marzenie. Chciał z synkiem chodzić po górach i uczyć go jazdy rowerem, ale bał się, że nic z tego nie będzie. Ciąża Asi była zagrożona. Marcin, kiedy Ela nosiła pod sercem jego ukochane dzieci, gorąco się za nią modlił. Był przy porodach, bo wie, jak ważne było dla Eli jego wsparcie.

 

Mój Tomuś

Dla Joanny i Grzegorza Znojów, rodziców Tomka i Krzysia, pierwsza ciąża była ogromnym zaskoczeniem, bo według lekarzy szanse na nią były niewielkie. Pierwsza reakcja? Ogromna radość. Niestety, po tej dobrej wieści przyszła ta zła. „Dostaliśmy jakby obuchem w głowę, ponieważ życie naszego maleństwa było zagrożone” – mówi Grzegorz. Pierwsze tygodnie ciąży były trudne. „Kiedy byłem w pracy, na dźwięk telefonu zaczynało mi mocniej bić serce. Bałem się, że coś złego dzieje się z żoną” – wspomina. Na szczęście z tygodnia na tydzień lęk ustępował powoli miejsca ogromnej radości. Na wszystkie wizyty do lekarza Asia i Grzesiek chodzili razem. Po burzliwych początkach kolejne tygodnie ciąży przebiegały wzorcowo. „Pamiętam moment, kiedy pierwszy raz mogliśmy posłuchać bicia serca naszego dziecka. Jeszcze nic nie było widać, a jego serduszko już tak waliło” – ze wzruszeniem wraca do tamtych chwil Grzegorz.

W szkole rodzenia przyszli tatusiowie mieli za zadanie wyrysować na brzuchach żon swoje marzenia. „Miałem takie zwykłe, proste. Abyśmy razem chodzili w góry, abym mógł uczyć mojego synka jazdy na rowerze” – uśmiecha się Grzesiek.

A co sądzi o zmiennych nastrojach kobiet w ciąży? „Chyba jest w tym odrobina prawdy” – przyznaje z uśmiechem. Jednak na te huśtawki uczuć miał skuteczny sposób. „Nie brałem wszystkiego do siebie, podchodziłem do nich z dystansem” – zdradza. Przez cały czas ciąży wspierał Asię. Towarzyszył jej w oczekiwaniu na maluszka. Był blisko w momencie porodu. „Asia musiała mieć cesarkę, jednak cieszę się, że nie była ona umawiana. Czekaliśmy, aż odejdą wody i zaczną się skurcze. Chociaż częściowo mogłem uczestniczyć w tej ważnej chwili. W czasie zabiegu czekałem na korytarzu, a potem stało się coś, co będę pamiętał do końca życia: pielęgniarka wyniosła na rękach mojego Tomusia” – wspomina.

Drugie maleństwo pojawiło się u Asi i Grzesia już półtora roku później. Braciszek Tomusia, Krzyś, był kolejnym cudem, który pokazał, że życie jest darem. „Miałem wrażenie, że ta ciąża przebiegała dużo szybciej niż poprzednia, bo ogrom czasu i uwagi pochłaniał nam Tomuś” – mówi Grzesiek. Tym razem Asia rodziła naturalnie. „Z jednej strony to trudne doświadczenie – widzisz, jak najbliższa ci osoba bardzo cierpi, z drugiej – kiedy przecinałem pępowinę, to namacalnie czułem, że mam w tym porodzie udział. Moment przyjścia na świat Krzysia był niesamowicie wzruszający. To był wybuch radości” – wspomina.

Pomimo trudności związanych z rodzicielską codziennością Grzegorz wspaniale odnajduje się w roli ojca. I chociaż lubi swoją pracę, to jeszcze bardziej cieszy go czas spędzony z synami. „Bóg spełnił nasze marzenie, chociaż z punktu widzenia medycyny mieliśmy małe szanse na potomstwo. Jestem szczęśliwy” – przyznaje.


Modliłem się za żonę

„Kolejne ciąże nauczyły mnie większej pokory, wyrozumiałości dla żony, a także wzmocniły nasze relacje” – dzieli się swoim doświadczeniem Marcin Fiszer, mąż Eli, tata Basi, Gosi, Uli, Antka i Bartusia. Od początku małżeństwa oboje bardzo pragnęli dzieci, dlatego wiadomość, że pod sercem Eli bije serduszko maleństwa, przyjęli z ogromną radością. Marcin pamięta, że był to cudowny czas. „Bardzo lubiliśmy wspólne spacery, do których mieliśmy częste okazje, mieszkając w pięknej okolicy” – wspomina. Drugie rodzicielskie wyzwanie, kiedy to na świecie pojawiła się Gosia, Marcin przyjął z takim samym entuzjazmem, chociaż z Elą nie spodziewali się, że Bóg tak szybko obdarzy ich kolejnym dzieckiem. Niestety, następna ciąża była trudnym doświadczeniem. Zakończyła się poronieniem. „Po urodzeniu trzeciej córeczki, uroczej Urszulki, Ela dwa razy poroniła. Bardzo to przeżyliśmy. Na modlitwie zwróciłem się do Jezusa z takim wyrzutem: «Przecież chcesz, by dziecko się poczęło, więc dlaczego tak się dzieje?». Odpowiedzią był Antoni, którego (mając trzy córeczki) bardzo pragnęliśmy” – opowiada Marcin. Krótko po Antku pojawiła się kolejny mały rycerz – Bartuś. „W czasie tej ostatniej ciąży mieliśmy wiele obaw. Byliśmy oboje już po czterdziestce, a poprzedni poród był zaledwie rok wcześniej” – wyznaje Marcin. By jakoś to wszystko przetrwać, zaczął wylewać swoje lęki przed Panem na nocnych adoracjach. „Podczas tych czuwań dotarło do mnie, że Bóg jest miłośnikiem życia. Zacząłem modlić się za żonę, aby On umocnił ją w trudnym czasie długiego przebywania w domu” – mówi. I Pan go wysłuchał. Ciąża przebiegała bez komplikacji, a Ela nabrała dystansu i spokoju. Poród także był bardzo szybki, zaledwie godzinę po odejściu wód płodowych.

Marcin opowiada, jak cenne jest towarzyszenie żonie w tym niezwykłym momencie. „Zrozumiałem, czym jest współodczuwanie, kiedy przy porodzie mogę jedynie być i wspierać żonę drobnymi gestami miłości. Chociaż niewiele mogłem zrobić, Ela zawsze dziękowała mi za obecność, ponieważ to wsparcie było dla niej tak ważne” – mówi. Twierdzi, że ojcowie powinni wiedzieć, jak rodzi się człowiek. „To wynika z naszej męskiej odpowiedzialności za rodzinę. Poza tym jest to niezwykle wzruszające przeżycie, ogromna radość” – przekonuje. 

 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK