Wywiady
nr 7-8 (193-194) lipiec-sierpień 2023

To niesamowite, że On kocha mnie taką, jaką jestem dzisiaj, z moimi ułomnościami i ograniczeniami. Ciągle się dziwię, że chociaż minęło tyle lat, to ogień Jego miłości nie przygasa, ale jest coraz większy – i to jest to dla mnie niepojęte - mówi Dorota Łaba.

Natalia Rakoczy

Mam wolność w sercu

Osiągnęłaś bardzo wiele jako instruktorka fitness i biegaczka. Dało Ci to poczucie sensu i spełnienie?

Dorota Łaba: W tamtym czasie dawało mi to spełnienie, a na pewno wzmacniało poczucie własnej wartości. Dzisiaj moje poczucie wartości odnajduję w Bogu. Przez moje dzieciństwo miałam problemy emocjonalne. Bieganie ekstremalne to było takie wyrzucanie z siebie tego, co złe – wtedy czułam się o wiele lepiej. Po każdym osiągnięciu miałam ogromną satysfakcję, ale to poczucie trwało dwa-trzy dni, a potem pustka wracała. Wtedy przygotowywałam się do następnego biegu. Myślę, że to było dobre, abym przetrwała, i że Bóg miał w tym swój plan na moje życie.

 

Jak wspominasz moment, kiedy pierwszy raz poczułaś, że Bóg jest blisko i że Cię kocha?

Pierwszy raz doświadczyłam Boga w kościele w Białej. Poczułam ogrom miłości i ciepła, chociaż wtedy nie wiedziałam nawet, że to jest Bóg, ale było mi cudownie i chciałam tam wracać. Teraz stale doświadczam Jego cudownej miłości w moich najbliższych, w przebaczeniu innym… To niesamowite, że On kocha mnie taką, jaką jestem dzisiaj, z moimi ułomnościami i ograniczeniami. Ja ciągle się dziwię, że chociaż minęło tyle lat, to ogień Jego miłości nie przygasa, ale jest coraz większy – i to jest to dla mnie niepojęte.

 

Od momentu nawrócenia przeżyłaś jeszcze jakieś chwile ciemności, momenty, kiedy z głębi duszy znowu wołałaś: „Jezu, ratuj, bo nie daję rady!”?

Ciągle z czymś się zmagam i wciąż wołam: „Ratuj!”. Są momenty, kiedy mój krzyk staje się bardziej rozpaczliwy i głośny. W ostatnim czasie był on związany z decyzją powrotu do Polski, bo przez dwa ostatnie lata pracowałam na południu Włoch, w Alpach i przyjeżdżałam tutaj tylko na miesiąc lub dwa. Trudno było mi podjąć tę decyzję, bo kocham Italię. Kiedy wychodziłam z domu, to wyłaniała się przede mną góra na 2500 m n.p.m.! Alpejskie widoki robią wrażenie, ale bardzo tęskniłam za bliskimi, za relacjami… I tak żyłam w ogromnym dylemacie, co zrobić. Klęczałam i płakałam, prosząc Boga, aby pomógł mi podjąć decyzję, a On zaczął mi dawać konkretne znaki. Moja córka nigdy wcześniej nie mówiła, że potrzebuje mnie tutaj, na miejscu, bo jest już dorosła i ma swoje życie. Kiedy jednak ostatnio byłam w Polsce, powiedziała: „Mamo, bardzo bym chciała, abyś tutaj była”. To samo powiedziała mi moja mama. To dało mi do myślenia. Poza tym we Włoszech miałam możliwość uczestniczenia we Mszy Świętej tylko raz w tygodniu i na dodatek w języku niemieckim, co utrudniało mi jej przeżycie. Kiedy tak się wahałam, mój spowiednik kazał mi wypisać wszystkie „za” i „przeciw” na kartce. Wtedy zobaczyłam, że muszę wrócić, bo nieświadomie schodzę z Bożej drogi. Wciąż jednak błagałam Boga, aby pomógł mi podjąć tę decyzję, bo było mi naprawdę ciężko. I poprzez wydarzenia, ludzi, załatwienie supermieszkania dostałam jasny sygnał, aby wrócić do ojczyzny. Gdy zrobi się Jezusowi przestrzeń w trudnej sytuacji, to On naprawdę pokazuje rozwiązanie.

Podobny dylemat miałam z pewnym mężczyzną. Bardzo mi imponował zainteresowaniami, mieliśmy ze sobą wiele wspólnego, ale on był daleko od Boga i Kościoła. Kiedy wróciłam z Włoch, zaczęliśmy się spotykać. Myślałam, że go zmienię, jednak tak się nie stało. Doszło do tego, że to on chciał mnie zepchnąć z mojej drogi. Uklękłam przed obliczem Jezusa i powiedziałam: „Panie Jezu, Ty się tym zajmij, bo ja jestem na to za słaba i ja przy nim popłynę”. No i zostawiłam to. Dwa dni później dostaję wiadomość od tego chłopaka, że musimy zakończyć znajomość, bo mamy różne wartości i priorytety w życiu. Po jej przeczytaniu byłam tak zła na siebie i na Pana Boga, że mnie wysłuchał… A później miałam w sercu taką wolność i radość.

 

A na co dzień, podczas treningów i biegania, czujesz, że Bóg jest i że Cię kocha?

To chyba mało powiedziane. Mam mocne doświadczenie, że należę do Niego. Staram się być z Jezusem w Słowie, w modlitwie, w Eucharystii. Obcowanie z Nim jest takie jak z moimi najbliższymi przyjaciółmi. Wiem, że Jego miłość jest obecna w moim życiu i że ona jest bezgraniczna. I wiem, że On jest zawsze, a ja nie daję Mu o sobie zapomnieć, bo ciągle do Niego gadam aż do znudzenia (śmiech).

 

Kochasz biegać i wciąż wyznaczasz sobie kolejne cele. Co na co dzień znaczy dla Ciebie pokonywanie własnych ograniczeń?

Kocham biegać i to się nie zmieniło, ale nowe cele wyznaczam sobie we wspinaczce. Biegam tylko dla przyjemności, wyglądu i zdrowia. Przede wszystkim jednak pokonywanie moich ograniczeń na co dzień to ogromna praca nad moimi emocjami. W dzieciństwie nie doświadczyłam dobra, więc w dorosłym życiu miałam problem z określeniem, czym jest grzech, bo był on dla mnie czymś naturalnym. Czułam się i nadal czasami czuję się nieswojo, kiedy ktoś wyświadcza mi dobro, miłość.

 

Podkreślasz, że nie tylko w zdrowym ciele zdrowy duch, ale i odwrotnie… Co rozumiesz przez bycie zdrowym wewnętrznie, w duszy?

To zdanie Jana Pawła II, który wielokrotnie podkreślał, że sport i wiara mają ze sobą wiele wspólnego. Dusza i ciało to jedność. Jezus bardzo często uzdrawiał ciało, rozpoczynając od uzdrowienia duszy, bo wiedział, że choroby ciała wynikają z choroby duszy. O tym mówi także współczesna medycyna – np. przewlekły stres może prowadzić do chorób układu krążenia, skóry czy innych dolegliwości. A przecież często ma on źródło w rzeczywistości duchowej, czyli w nieprzebaczeniu, nierozwiązanych konfliktach czy nienawiści.

 

Pan Bóg nie zabrał Ci pasji, ale pozwolił, abyś w pełni rozwinęła w niej skrzydła. Gdy przeglądam Twoje konto na Facebooku, widzę, że podejmujesz kolejne sportowe wyzwania. Co w ostatnich latach uważasz za swoje największe osiągnięcie?

To było zdobycie Elbrusu w Rosji, najwyższego szczytu Kaukazu, który jest zaliczany do Korony Ziemi jako najwyższy szczyt Europy. Nasza ekipa wspinaczkowa składała się z dziesięciu osób z całej Polski. Organizator połączył nas drogą mejlową w pary, tak mieliśmy nocować w namiotach. Zostałam przydzielona do Karola z Warszawy – przystojnego, wysportowanego mężczyzny, kolarza. Na początku byłam wściekła, bo chciałam spać w namiocie z kobietą. Na lotnisku dowiedziałam się, że jestem jedyną kobietą na wyprawie…

Większość jej uczestników była ateistami. Nie udało mi się tam obronić Pana Boga. Przepraszałam Go, że tak się stało. Wieczorem dużo rozmawialiśmy z Karolem o życiu, a ja w moją opowieść wplatałam świadectwo o Bożej miłości. W pewnym momencie Karol powiedział mi, że gdyby nie był takim zagorzałym ateistą, to nawet by mi uwierzył. Tak przetrwaliśmy cały tydzień, zdobyliśmy Kazbek. Elbrus zdobyło tylko czterech mężczyzn i ja. To było bardzo trudne. Jednak się udało i stanęłam na jednym ze szczytów świata! Później położyliśmy się z Karolem na trawie, a wokół nas była zupełna cisza. W myślach zaczęłam wtedy rozmawiać z Bogiem: „Nie udało mi się go przekonać, że Ty jesteś”. Wtedy odezwał się Karol i powiedział, że nigdy w życiu nie osiągnął takiego spokoju, jaki miał podczas tej wyprawy ze mną. Odpowiedziałam mu, że jeżeli chce, to może doświadczać takiego pokoju zawsze, jeżeli odda życie Chrystusowi. I tak zrobił. To było dla mnie niesamowite, że Bóg zaciągnął mnie na jedną z Koron Ziemi po to, aby kogoś przyciągnąć do siebie.

 

Od niedawna organizujesz wyjazdy do Medjugorie połączone z jaglanym detoksem. Skąd ten pomysł?

Kilka lat temu Marek Zaremba, autor wielu książek o zdrowym odżywianiu (m.in. „Jaglanego detoksu”) zaprosił mnie do publikacji „Jaglany detoks dla biegaczy”. Przemodliłam sprawę i weszłam w projekt. I tak zaczęła się przygoda z tą książką. Gdybym miała to robić sama, to zrezygnowałabym po dwóch dniach. Pierwszy tydzień był dla mnie ciężki, bo w detoksie nie pije się kawy, nie je się glutenu ani cukru, więc przez pierwsze dni strasznie bolała mnie głowa, dopiero potem poczułam się cudownie. Książka powstała, a ja o niej… zapomniałam. I we Włoszech na modlitwie mówię do Jezusa tak: „Chciałabym poznać Twoją Matkę, bo my się tak dobrze znamy, a nie znam Twojej Mamy”. Jakiś czas później znalazłam w Internecie informację o pielgrzymce do Medjugorie. Pojechałam i przez cały czas dostawałam w moim sercu słowa od Matki Bożej, których do końca nie rozumiałam. W pewnym momencie podeszła do mnie organizatorka pielgrzymki, mówiąc, że mam uważnie słuchać tego, co Bóg mówi do mnie w tym czasie. Zdębiałam. Skąd ona o tym wie? W ostatni dzień na pielgrzymce klęczałam przed Matką Boża i przyszła do mnie myśl, aby zrobić na pielgrzymce detoks jaglany i żeby to było w Wielkim Poście. W tym momencie do kościoła weszła organizatorka Mariola, a ja podzieliłam się z nią tym pomysłem. W drodze powrotnej już ustaliłyśmy szczegóły pielgrzymki, która odbyła się w marcu. Była ona połączeniem detoksu, modlitwy i ćwiczeń. Jej owoce były ogromne.

 

Masz jakieś marzenia?

Czuje się spełniona w tym, co jest, a moim największym marzeniem jest osiągnięcie nieba. Ostatnio przez telefon opowiadałam mojej znajomej, że chciałabym męża, takiego dobrego, a ona powiedziała, że mąż nie jest konieczny do zbawienia… Zatkało mnie. Rzeczywiście tak jest. Mam więc w sobie taką wolność, niech On tym wszystkim żongluje, jak uważa, a ja przyjmuję życie takie, jakie jest. Najpiękniejsze jest to, że nauczyłam się doceniać każdą chwilę, dary, które otrzymuję od Niego każdego dnia. Cieszę się z tego, co dzieje się w tej chwili, a przyszłość zostawiam Jego miłości.

 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK