Macierzyństwo to moja przygoda życia
Tak Rodzinie: Pełni Pani wiele funkcji w życiu, ale która z tych ról jest najważniejsza?
Dorota Bojemska: Lubię patrzeć na życie kobiety jak na proces, który jest niezwykle dynamiczny. Macierzyństwo jest tą szczególną rolą w moim życiu, ale myślę, że w życiu wielu kobiet. Nie byłabym w tej roli, gdybym nie spotkała takiego męża. Rola żony i towarzyszki życia, przyjaźń i miłość, którą kobieta tworzy z mężczyzną i ojcem dzieci, jest nie do przecenienia.
Bycie mamą ośmiorga dzieci to duże wyzwanie. Potrzeba też zaangażowania męża?
Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę. Dom pełen dzieci był moim marzeniem, które spełniło się również dzięki mojemu mężowi i jego otwartości na życie. Zaakceptował, że pracuję z dziećmi w domu, i wziął na siebie ciężar finansowy, by zapewnić byt naszej rodzinie. Poparł mnie, kiedy zdecydowałam, że chcę być w domu z każdym dzieckiem do ukończenia przez nie trzeciego roku życia. Dzieci rodziły się jedno po drugim i do pracy poszłam, kiedy najmłodsze skończyło 3 lata. Mogłam być z nimi w domu przez 21 lat.
Podjęcie tak wielu obowiązków wymaga pewnych umiejętności.
Wychowałam się w rodzinie wielodzietnej, a także w Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Prowadziłam drużynę, byłam hufcową. Jako instruktorka ZHR wiodłam aktywne życie, które wymagało ode mnie stawiania sobie dużych wymagań. Zorganizowanie się było dla mnie naturalne. Kiedy byłam w domu z dziećmi, angażowałam się w różne inicjatywy społeczne, współorganizowałam szkoły dla dzieci, różnego typu koła, spotkania mam itd. Tych inicjatyw było bardzo wiele. W tym dynamizmie procesu rozwoju kobiety-matki pojawiają się naturalnie różne sytuacje, na które ona chce mieć wpływ i które chce współtworzyć. To zaangażowanie jest tłem dla macierzyństwa.
Dlaczego wybrała Pani pozostanie w domu z dziećmi na tak długo?
Z małym dzieckiem zawsze musi być ktoś – mama, babcia, niania czy pani w żłobku. Zdecydowałam, że to ja chcę być z naszymi dziećmi ze względu na tworzenie więzi. Chciałam poznać swoje dzieci, być z nimi w ważnych momentach rozwoju, obserwować je na początkowym etapie życia, który jest bardzo ważny. Chciałam opowiadać im świat po swojemu, oglądać z nimi konkretne książeczki i chodzić na spacery, by cieszyć się sobą, dać im moją czułość. Różnicę w braku obecności z małym dzieckiem mogłam obserwować, kiedy pojawiła się konieczność towarzyszenia jednemu z naszych starszych dzieci podczas ciężkiej choroby. Całe dnie spędzałam w szpitalu (mąż przychodził na noce), to trwało ponad rok, a w domu był niemowlak. I choć był pod wspaniałą opieką swojej babci, a mojej teściowej, za co jestem jej bardzo wdzięczna, sama odczuwałam niepokój, a z czasem musiałam nadrobić ten czas, poznać lepiej mojego malca, jego reakcje, przyzwyczajenia…
Pamiętajmy, że są też różne kobiety i różne odcienie macierzyństwa.
Jest niemała grupa kobiet, dla których obecność przy dziecku, aż skończy ono 3 lata, jest bardzo ważna. To absolutnie dobre i naturalne zjawisko. Często mówimy o tym, że jesteśmy różne, i są kobiety, które chcą iść do pracy krótko po urodzeniu, możliwość wyboru jest bardzo ważna. Z drugiej strony nie traktujemy macierzyństwa samego w sobie aspiracyjnie, a wręcz odwrotnie – jest ono postrzegane jako duży problem i bariera w rozwoju kobiety. Uważam, że istnieje bardzo duża presja społeczna związana z tym, że kobieta nie powinna dłużej pozostawać w domu. Najbliższe otoczenie – koleżanki, rodzice, często mąż, który boi się nowej sytuacji czy obniżenia dochodów itp. – bardzo szybko dają do zrozumienia młodej mamie, że macierzyństwo to plan B, a ona musi przede wszystkim zadbać o rozwój zawodowy. A przecież to jest jedynie pewien etap. Czas, który już nie wróci.
Kobieta, która zostaje matką, toczy walkę wewnętrzną związaną z podjęciem decyzji. Spotykam wiele takich młodych mam. Powinniśmy otoczyć je szczególną troską i przekonać je, że to, co robią, jest niezwykle ważne i potrzebne, i że jesteśmy im jako społeczeństwo wdzięczni. Instytut Pokolenia, który prowadzi badania nad demografią, przedstawił raport na temat czeskiej polityki demograficznej, z którego wynika, że posiadanie dzieci, a potem opieka nad nimi, są traktowane jako obowiązek wobec społeczeństwa w większej mierze niż cokolwiek innego. W Polsce uważa się, że to praca jest obowiązkiem wobec społeczeństwa. W związku z tym to, że kobieta chce zostać w domu z dzieckiem, jest bardzo często odbierane jako pewnego rodzaju wygoda czy nadużywanie swojej sytuacji. Miałam to szczęście, że bardzo szybko znalazłam się w otoczeniu rodzin wielodzietnych, które są środowiskiem prężnym i kreatywnym, traktującym pracę w domu w sposób aspiracyjny. Dowodem na to jest Związek Dużych Rodzin „Trzy Plus”, który od początku istnienia był inicjatorem zmian w polityce prorodzinnej.
Rodziny wielodzietne stanowią też dla siebie swoistą grupę wsparcia.
Rodzice bardzo tego potrzebują. Kiedyś mieliśmy rodziny wielopokoleniowe, w których naturalnym wsparciem młodej mamy były będące blisko kobiety z rodziny: mama, babcia, siostry. Przeszliśmy z rodzin wielopokoleniowych do rodzin nuklearnych, które też mają swoje zalety – chociażby uaktywniają ojców. Dziś zaangażowanie ojców w codzienne życie rodziny, w tym funkcje opiekuńcze czy pielęgnacyjne, jest znacznie większe. Natomiast negatywną konsekwencją jest to, że młoda mama często pozostaje sama, bez pomocy doświadczonych kobiet, które wysłuchają i pomogą. Olbrzymi potencjał mają kluby mam działające najczęściej przy parafiach, w których kobiety otrzymują mocne wsparcie.
Czy jest kobieta, która Panią szczególnie zainspirowała jako matka?
Moja mama wywarła na mnie ogromny wpływ. Rodzice bardzo dużo pracowali, a mama jako lekarz szczególnie. Mieli nas czworo w warunkach PRL-u, co już określało nas jako dużą rodzinę. Pamiętam, że w dzieciństwie bardzo tęskniłam za mamą, za jej obecnością w domu, w codzienności. W weekend mama starała się nam to wynagrodzić. Wiele rytuałów rodzinnych, które wyniosłam z domu rodzinnego i które były dla mnie kotwicą bezpieczeństwa, jak np. wspólne szykowanie posiłków, uroczyste niedzielne śniadanie, wspólne picie herbaty i podwieczorek z rozmowami, to rytuały, które udało mi się przenieść do naszego domu.
Co jest dla Pani ważne w wychowaniu dzieci?
Bycie razem i wspólne rozmowy to pierwotna potrzeba. Jeśli masz kogo kochać i komuś służyć, to daje siłę i napęd do życia. Każdy potrzebuje miłości i w tej miłości rozwija się jako człowiek. Zawsze dla nas był ważny czas dla siebie. Z wieloletniej perspektywy wspólne spędzanie czasu wygląda już inaczej. Część dzieci jest nastoletnia i ma swoje zajęcia, ale wypracowaliśmy przez lata, że staramy się codziennie wieczorem rozmawiać.
Mnie niezwykle ciekawi świat moich dzieci. Znam ich przyjaciół, ich historie, wiem, o co zapytać. Dzieci przychodzą po radę, czasem potrzebują wysłuchania. Przez nasz dom przechodzą inni młodzi ludzie, bo każde dziecko na swoim etapie ma swoje towarzystwo. Niektóre dzieci chodzą do szkół muzycznych, więc w domu czasem odbywają się próby. Czterech moich synów jest w jednej drużynie harcerskiej, dwie córki też są harcerkami. U nas ciągle coś się dzieje, dzieci bez przerwy coś tworzą, w czymś uczestniczą i cieszę się, że mogę na nie po prostu patrzeć.
Pielęgnujemy też różne nasze zwyczaje i im jestem starsza, tym większą wagę do tego przywiązuję. Takie proste rytuały codzienne, które dają dzieciom poczucie bezpieczeństwa: wspólny spacer, czytanie na głos, śpiewanie, i to na głosy. Szukanie wspólnych rytuałów rodzinnych jest bardzo ważne. Myślę, że w rodzinie są też bardzo istotne: komunikacja i podnoszenie kompetencji rodzicielskich. Na rodzinę trzeba patrzeć jak na wspólnotę, która uczy odpowiedzialności za innych, dostrzegania potrzeb drugiego człowieka, empatii. To jest przecież rozwijanie kluczowych kompetencji, a rodzina to naturalne miejsce ich zdobywania. Widzę też, jak bardzo potrzebne jest, by rodzice przekazywali dzieciom kulturę osobistą i byli dla nich autorytetami. Kultura osobista to skarb, podstawa formacji ludzkiej, na której może się potem rozwijać człowiek wewnętrzny. Warto zwrócić uwagę na to, co stoi na naszych półkach, co wisi na ścianach domu, jakim językiem do siebie mówimy, w jaki sposób siebie słuchamy. To drobne elementy, które tworzą kulturę domu, a potem przenoszą się dalej. To kulturotwórcza funkcja rodziny.
Ja jeszcze miałam tę wielką szansę w życiu, że przekazano mi wiarę katolicką, którą staram się przekazać moim dzieciom. W najtrudniejszych momentach życia to właśnie wiara była ostoją bezpieczeństwa. Młodych ludzi trzeba też uczyć wdzięczności, bo to bardzo pomaga w życiu, kiedy człowiek jest wdzięczny za to, co ma. Dobrze również wyznaczać dzieciom granice, które dają im poczucie bezpieczeństwa. Nawet jeżeli dzieci je przekroczą, to wiedzą, że one są – i to już jest olbrzymim atutem w procesie wychowania i kierunkiem powrotu na właściwą drogę.
Jak z wieloletniej perspektywy patrzy Pani na swoje macierzyństwo?
Najtrudniejszy jest czas z pierwszym dzieckiem. To prawdziwa rewolucja. Dwoje czy troje małych dzieci także jest wyzwaniem. Potem, kiedy najstarsze są na tyle duże, by uczestniczyć w funkcjonowaniu domu, to wszystko się zmienia. Dziś mam poczucie, że spijam śmietankę. Że te wszystkie lata wysiłków, nieprzespanych nocy – to wszystko dało piękne owoce. I choć niezręcznie mi się przechwalać, to mogę szczerze powiedzieć, że jestem spełnioną i szczęśliwą osobą. Mam poczucie, że razem z mężem namalowaliśmy wspaniały obraz, który dzisiaj możemy oglądać i mieć olbrzymią satysfakcję z tego, co nas otacza.
Czy właśnie ta radość macierzyństwa sprawiła, że zapragnęła Pani dzielić się swoim doświadczeniem?
Propozycję, bym zaangażowała się w Radę Rodziny, czyli zespół opiniodawczo-doradczy przy ministrze, przyjęłam z motywacją, by pokazać świat matek pracujących w domu, by ten świat zaistniał mocniej w przestrzeni publicznej. Dziś sama jestem mamą pracującą zawodowo i uczę się łączyć te dwa obszary. Ważny jest wybór, ale warto sobie uświadamiać, że każdy wybór zawsze wiąże się z rezygnacją z czegoś, a lata spędzone z małymi dziećmi nigdy już nie wrócą.
Katarzyna Pawlak