Jak zostałem prawdziwym facetem
Jak mężczyzna uczy się ojcostwa?
Rafał Szałajko: Nigdy bym nie pomyślał, że nawet tacy mężczyźni jak ja potrafią się tego nauczyć. Do trzydziestego roku życia nawet nie myślałem o tym, że będę miał dziecko i rodzinę, ale gdy tylko zobaczyłem swoją żonę pierwszy raz, pomyślałem sobie, że z tą kobietą mógłbym mieć dziecko.
To była pierwsza myśl?
Tak! Mało tego, zapytałem o to moją żonę na pierwszej randce. Ona troszeczkę zesztywniała. Taka zabawna historia. Czasami o niej zapominamy, ale ja pamiętam ją bardzo dobrze. Od tego momentu, od chwili poznania Kasi zaczęły się wielkie zmiany w moim życiu. Pojawiło się we mnie pragnienie posiadania rodziny, potomstwa, żony, co u aktora nie jest wcale takie łatwe i oczywiste. Mieszkałem w Krakowie, ale szkołę kończyłem we Wrocławiu. Dzieliłem życie między Krakowem, Wrocławiem i Warszawą, jeździłem z teatrem po całej Polsce. Nie były to dobre warunki do tego, żeby zakładać rodzinę. Z Kasią te problemy zniknęły. Zapragnąłem mieć dziecko tak jak moi rodzice – dzieci wojny. Ojciec rocznik 1935, mama – 1939. Rodzinę zakładali w latach pięćdziesiątych, w Polsce stalinowskiej. Nie mieli gdzie mieszkać, ale zdecydowali się na rodzinę i chcieli ze sobą być. Chcieli być szczęśliwi, chcieli się kochać, chcieli mieć dzieci. Ja też przestałem kalkulować, myśleć, co będzie. Chciałem po prostu żyć, odpowiedzieć na miłość, która do mnie przyszła, nie odrzucić jej.
To co ta kobieta miała takiego w sobie, że miłość się pojawiła?
Nie wiem, bo myśmy się prawie nie znali. Była piękna, radosna i młoda – młodsza ode mnie o 6 lat. To był ten początek. Ale uważam, że byliśmy sobie przeznaczeni. To nie był zbieg okoliczności, że się poznaliśmy, że się spotkaliśmy i że potem mogliśmy razem założyć rodzinę, że wzięliśmy ślub, co wiązało z moim powrotem do Kościoła. Oboje do niego wróciliśmy. Taki piękny czas.
Od samego początku planowaliście, że będziecie mieć dużą rodzinę?
Przez pierwsze cztery lata nie mieliśmy dzieci. Sprawy zawodowe układały się po naszej myśli, postanowiliśmy przeprowadzić się do Warszawy, wzięliśmy kredyt we frankach. Kupiliśmy mieszkanie. Wcześniej ciężko pracowaliśmy i dla banków aktor bez stałej umowy nie był wiarygodny, ale udało się. Ja się wcale nie spieszyłem, nie chciałem jeszcze brać takiej odpowiedzialności, ponieważ wiedziałem, że dziecko to duża odpowiedzialność. Kasia była młodą dziennikarką. Zaczynała życie zawodowe, a jej kariera szybko nabrała tempa. Kasia była u szczytu kariery. Właśnie wtedy powiedziała, że może to jest czas na dziecko. Podjęła świadomą decyzję. I co się okazało? Pojechaliśmy na wymarzone wakacje do Portugalii i właśnie tam dotarła do nas wiadomość, że gigant medialny, w którym ona pracuje, upada. To był najlepszy czas – Kasia spokojnie urodziła, poszła na macierzyński, wróciła do pracy w telewizji i zaczęła się rozwijać. W tej firmie pracuje do dziś, wydaje własny program, cały czas jest aktywna zawodowo. Teraz ma małą przerwę, bo urodziła nam się druga córka, nasze szóste dziecko.
Trudno znaleźć balans pomiędzy pracą a domem. Trudno wejść do domu i zapomnieć o pracy.
Dzieci się do tego przyzwyczaiły. Kasia pracuje z domu. Nasze życie zawodowe jest dopasowane do rodziny, ale bywa i tak, że praca w ten dom wnika. Nasze dzieci non stop lądują w garderobie. To taka wieczna walka. Z tej pracy jednak nie możemy zrezygnować i trzeba być w niej naprawdę aktywnym. Rodzinę trzeba utrzymać. Czasami przychodzą wyzwania…
Takim wyzwaniem była dla Was budowa domu?
Tak. Teraz mamy wreszcie dom dla całej naszej olbrzymiej rodziny. To takie gniazdo, żeby ktoś mógł tu kiedyś zostać albo zawsze ktoś mógł tutaj wrócić.
Jak smakuje rodzicielstwo, kiedy pierwszy raz trzyma się w ramionach dziecko?
Dla mnie to był moment, kiedy „sformułowałem” się jako mężczyzna, dojrzałem jako facet, jako człowiek. Dojrzałem też duchowo, bo wyjaśniło mi to wiele rzeczy. My jesteśmy katolikami – wzorem jest Bóg Ojciec. Dzięki temu, że zostałem ojcem, jestem innym człowiekiem. Ten 30-latek, który już grał, pracował i miał za sobą parę filmów, mieszkał w paru miastach, był w paru teatrach, znał ludzi, był po nieudanych związkach, stał się tatą. Nasz pierwszy syn ma na imię Józef, po moim tacie – to było dla mnie bardzo ważne, taki łańcuch pokoleń. Mój tatuś już nie żyje, a Józek niesie dalej to imię i nazwisko. Moje korzenie to Lwów, Sanok, Nowy Sącz – Galicja.
Co Pana określa na tym świecie?
Jestem mężem dla mojej żony i ojcem dla moich dzieci. Nie, to nie są moje dzieci. To ja jestem dla nich ojcem. To jest niesamowite.
Po czterech synach pojawiła się córka i teraz kolejna? Jak się je wychowuje, jak się na nie patrzy?
To niesamowita miłość. Druga taka wartość, zupełnie inna, zupełnie inaczej formowała naszych chłopaków i oni inaczej się zachowują, działają. Każdy stara się być opiekunem. Nie być kimś, kto tylko rywalizuje, ściga się z kimś, ale kimś, kto chce pokazać świat, pokazać siebie z ciekawszej, fajnej strony.
Tata, mama, szóstka dzieci. To duże przedsięwzięcie.
Rewolucja! Z rodziny, która długo miała jedno dziecko, staliśmy się w ciągu trzech lat rodziną wielodzietną. Inne auta. Bardzo trudno też zorganizować wakacje. Stają się monstrualnie drogie. To bardzo duża zmiana i też nasz duży trud, szczególnie przy bliźniakach, ogromne obciążenie. Nie mieliśmy do dyspozycji babci. Kasia zawsze wracała po kolejnych ciążach do pracy i od czasu do czasu potrzebowaliśmy wsparcia niani, żeby dzieci nie lądowały od razu w żłobkach.
A kontakt z dziadkami?
Odwiedzają nas czasami rodzice Kasi, ponieważ moi już nie żyją. Zapraszamy ich jako gości, a oni życzliwie nas obserwują i mają dużo cierpliwości do naszych decyzji, dosyć ryzykownych. Akceptują nasze wybory.
Z jaki reakcjami spotykacie się, kiedy mówicie, że jesteście ośmioosobową rodziną?
Zdziwieniem! Jest taki stereotyp, że Kasia nie może pracować, że to jest umęczona matka, że jest u nas jakaś bieda, że musi być deficyt. Jak się jednak okazuje, dużo ludzi chciałoby mieć większą rodzinę, ale brak im odwagi. Duża rodzina nie oznacza, że ktoś jest niekochany, ktoś zaniedbany.
Naprawdę jesteśmy rodziną pełną miłości. Miłości, która jest czasami kulawa. Wcale nie trzeba być na skupionym sobie 24 godziny na dobę. Czasami wystarczy chwilka. Mamy swoje problemy, przeżywaliśmy choroby, przychodziły różne burze, ale siadamy przy wspólnym stole i jesteśmy szczęśliwi. Dzieci naprawdę dużo nie potrzebują. Potrzebują kochających się rodziców. Potrzebują przede wszystkim miłości, bo to miłość daje bezpieczeństwo, nie pieniądze. Miłość rodziców powoduje, że one się czują bezpiecznie. I to, że rodzice są konsekwentni, że są razem, że idą w jednym kierunku. I że możemy rano obudzić się pod jednym dachem i ruszyć do swoich zajęć. Więcej nie trzeba.
A jak wyglądają Wasze poranki? Budzik chyba wcześnie dzwoni?
O 6:30. Poranek jest intensywny. I co ciekawe, rano gotujemy obiad. Pakujemy dzieciom posiłki do termosów. I do szkoły! Żyjemy w Józefowie koło Warszawy, jesteśmy związani ze Stowarzyszeniem Sternik. Tam mamy dzieci w przedszkolach i w szkole. To jest fajna wspólnota ludzi, którzy sobie pomagają. Możemy na siebie liczyć. Mamy taką wyspę dobroci i wsparcia. I miłości, jakiejś Bożej opieki.
Czego życzy się licznej rodzinie? Przespanych nocy, takich wakacji, gdzie naprawdę wszyscy odpocznijcie? Czy miłości i zrozumienia, szacunku?
Zdrowia i spokoju! W takiej dużej rodzinie choroby, które oczywiście się pojawiają, stają się sztormem. Gdy jest zdrowie, to już sobie ze wszystkim poradzimy. Jak ono będzie, będziemy mogli być razem i nic nam już więcej nie trzeba, bo ta miłość będzie kwitła. Na resztę zapracujemy. A kochać się kochamy i będziemy kochać.
Katarzyna Supeł-Zaboklicka