Wywiady
nr 6 (192) czerwiec 2023

Zrozumiałam, że Pan Bóg powołuje mnie do małżeństwa. Kiedy otworzyłam się na to powołanie i znalazłam człowieka, który chciał je ze mną realizować, postanowiliśmy, że przyjmiemy każde dziecko darowane nam przez Boga - mówi Nina Michalak, żona Maksymiliana i mama ośmiu córek.

Natalia Rakoczy

Historia miłości pisana Jego palcem

Wesoło jest w domu, w którym jest ośmioro dzieci?

Nina Michalak: Czasami jest wesoło, czasami nerwowo, ale nigdy nie jest nudno. Przy takiej gromadce zawsze coś się dzieje (śmiech).

 

Pochodzi Pani z rodziny wielodzietnej. Czy to zachęciło Panią, by też taką rodzinę mieć?

Jestem jedną z najstarszych córek, więc jako młoda dziewczyna widziałam, że taka rodzina jest bardzo wymagająca. Dlatego bałam się, że nie podołam takiemu wyzwaniu. W moim rodzinnym domu zawsze było trudno coś zaplanować, a ja uwielbiałam mieć wszystko pod kontrolą.

 

To dlaczego zdecydowała się Pani na taką gromadkę?

Zrozumiałam, że Pan Bóg powołuje mnie do małżeństwa. Kiedy otworzyłam się na to powołanie i znalazłam człowieka, który chciał je ze mną realizować, postanowiliśmy, że przyjmiemy każde dziecko darowane nam przez Boga. To On obdarzył nas taką gromadką. Przyznaję, że mój mąż był bardziej otwarty na wielodzietność niż ja. Dopiero teraz widzę, że Boży plan jest dobry, a mój mąż mądrze wspierał mnie w jego realizacji. Gdyby to szło po mojej myśli, nie mielibyśmy więcej niż czworo dzieci. Chciałam pracować zawodowo i mieć kolejne dzieci w większym odstępie czasu.

 

Bała się Pani chaosu, a przy malutkich dzieciach raczej jest on nieunikniony, bo trudno coś zaplanować. Jak Pani sobie z tym radzi?

Dzielimy się z mężem zadaniami, rozmawiamy na ten temat, planujemy pewne rzeczy z wyprzedzeniem. Wprowadziliśmy grafik obowiązków domowych dla dzieci. Bardzo ważny jest dystans do rzeczy, które wymkną się spod kontroli. Uczymy się tego, aby wrzucić na luz, kiedy coś nie wyjdzie albo czegoś nie da się zrobić.

 

Z wykształcenia jest Pani pedagogiem, ale zrezygnowała Pani z pracy zawodowej, aby być mamą i nauczycielką swoich dzieci na pełny etat. Czuje się Pani spełniona?

Nie mogłam podjąć pracy zawodowej, ponieważ nasza pierwsza córka, kiedy miała półtora roku, zachorowała na małopłytkowość – chorobę autoimmunologiczną, która wykluczała jej pójście do przedszkola. Nie miałam możliwości zorganizowania dla niej stałej opieki w domu. Zresztą nie widziałam sensu w tym, by ktoś zajmował się naszą córką, abym ja mogła zajmować się innymi dziećmi. W niedługim czasie pojawiły się nasze kolejne córki. Kiedy mieliśmy ich już czwórkę, to ze wszystkich ekonomicznych wyliczeń wyszło nam, że moja praca zawodowa nie da nam takich korzyści, które uzasadniałyby wynajęcie opiekunki, abym ja mogła pracować. Gdy pierwsza córka podrosła, przywitaliśmy piątą – z padaczką. Te sytuacje wymuszały moją obecność w domu.

 

Przeżywała Pani momenty frustracji i poczucie bezsilności w związku z chorobą dwóch córek?

Owszem, były trudne momenty. Na szczęście padaczka nie jest lekooporna, dlatego od kilku lat jesteśmy od niej wolni, tylko musimy pilnować przyjmowania leków i kontroli u lekarza. Istnieje też szansa, że w okresie dorastania choroba się wycofa i będziemy mogli całkowicie odstawić leki. 

A jak sobie radzę z trudnościami związanymi z życiem, które jest inne, niż ja sobie zaplanowałam? Źródło jest w decyzji, którą podjęłam. Moja rodzina to nie jest tylko mój plan na życie, ale Jego plan, który przyjęłam. Jeżeli zakładam, że to Bóg jest architektem mojego życia i to, jak je zaplanował, bierze się z Jego miłości do mnie, a nie z chęci obciążenia mnie jakimś koszmarem, to wszystkie trudności mogę zobaczyć w innym świetle. Były lata, kiedy w bardzo krótkim czasie pojawiło się dużo dzieci, co skutkowało ciągłym zmęczeniem i niewyspaniem. To doprowadziło mnie do lekkich stanów depresyjnych. Na szczęście wyciągnęło mnie z nich przekonanie, że mój los jest historią miłości i On tak ją pisze, abym była szczęśliwa. To prawda, że moje życie nie jest łatwe, ale czyja historia jest łatwa? Ważne, że zgraliśmy się z mężem i razem przezwyciężamy wszystkie trudności.

 

Jak udało Wam się zbudować tak głęboką relację małżeńską?

Gdy się poznaliśmy, poczuliśmy do siebie miętę. Mamy takie samo poczucie humoru. Mąż potrafi mnie rozśmieszyć nawet w trudnych sytuacjach. Lubimy ze sobą być. Natomiast przez wszystkie kryzysy przeprowadził nas Jezus Chrystus. Kiedy nasze małżeństwo prawie się rozpadało, On nauczył nas przebaczać i akceptować się nawzajem. To pierwszy klucz, bo wiele lat walczyliśmy ze sobą, próbując na siłę zmienić drugą osobę.
Kolejny klucz to wprowadzenie randek małżeńskich. Był taki czas, że nasze rozmowy wiecznie krążyły wokół dzieci i domu. W pewnym momencie zrozumiałam, że kiedyś nasze córki opuszczą gniazdo rodzinne, a ja zostanę z jakimś starym dziadem, z którym nic mnie nie łączy. Te myśli dopadły mnie przed pandemią. Uruchomiliśmy więc procedurę randek małżeńskich. Nie było to łatwe zadanie, ale znalazłam dziewczynę, która zgodziła się zostawać z naszymi dziećmi, a ja wyciągałam męża do restauracji. Potem pandemia zabrała nam te wyjścia i nie wróciliśmy jeszcze do ich regularnego praktykowania.

 

Czy wśród tych tysiąca obowiązków udało się znaleźć Pani przestrzeń dla siebie?

Odnalazłam się w pracowni ceramiki. Wymykałam się tam, kiedy dzieci miały swoje zajęcia albo gdy mąż wracał z pracy. Nie wróciłam tam jeszcze po ostatnim porodzie, bo malutka jest bardzo wymagająca.

Czytam dużo książek, więc czasami uciekam w świat fantasy. Lubię też biografie, książki reportażowe, przyrodnicze. Był czas, że czytałam wszystko o himalaizmie. W moich książkowych wędrówkach oprócz świata fantasy przemierzam też prawdziwy świat i poznaję prawdziwych ludzi. Mogę patrzeć na rzeczywistość z innego punktu widzenia.

Kiedy życie mi tak dokuczy, że mam dość, to wychodzę z domu. Czasami wpadam na kawę do moich rodziców, którzy cieszą się, że mają tylu wnuków i zawsze chętnie mnie posłuchają, podniosą na duchu. Takim odpoczynkiem duchowym i psychicznym jest też dla mnie niedzielna Eucharystia. W takich najtrudniejszych momentach idę do kościoła, by adorować Najświętszy Sakrament.

 

Co dla Pani jest najpiękniejszego w byciu mamą?

Patrzenie na świat oczami moich dzieci. Uwielbiam patrzeć na ich szczęście, na uśmiech, który maluje się na ich twarzach, na to, jak zmieniają się na lepsze, odkrywają nowe rzeczy, uczą się nowych umiejętności, śmieją się, śpiewają piosenki. Napawa mnie to głębokim szczęściem wewnętrznym. Lubię też słuchać, gdy przychodzą i opowiadają mi historie o tym, co pięknego ich spotkało. To nadaje sens wszystkim moim wysiłkom.

 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK