Choć masz rączki małe
Fajerwerki i konfetti opadły na ziemię. Po zabawie przełomu starego i nowego roku pozostało wspomnienie, a ja siadam z kartką papieru i gonitwą myśli. Nowy rok to symboliczny nowy początek, nowy start.
W naszym domu pierwsza z kartką siadam ja. Potem idę z nią do męża. Torpeduję go pomysłami, zaburzając stateczny mir, który udało nam się uzyskać w poprzednim roku ;) Tematy są różne, ale sprowadzają się do jednego – ta symboliczna kartka papieru połączona z noworocznymi refleksjami oznacza, że nadchodzą zmiany. Są wśród nich błahostki, ale na ławie ląduje też gruby kaliber – sprawy najbardziej ważkie i pilne. W tym roku po raz kolejny dominuje temat reorganizacji obowiązków domowych.
Co trudnego jest w ogarnięciu domu?
My, kobiety, mamy specyficzny talent: działamy wielozadaniowo. Pamiętamy o obiedzie, judo dzieciaków w poniedziałki i piątki, lekarzu jednego dziecka we czwartek, a drugiego w sobotę, o tym, że skończyło się mleko, cieknie kran, a babcia męża ma urodziny. Przypomnimy o odrobieniu lekcji, o wyjściu z psem… Do tego upranie stroju baletnicy przed zajęciami (odpowiednio wcześnie, żeby wysechł!) i ugotowanie obiadu dla dzieci jedzących tyle co pułk wojska po ćwiczeniach w koszarach (na czas!). I jeszcze ogarnięcie domu.
Pamiętam, kiedy się zaczęło. Walczyłam dzielnie. Nauczona samodzielności, a raczej samowystarczalności i polegania na własnych siłach, wierzyłam, że i z tym projektem dam radę. Co trudnego jest w ogarnięciu domu? Zakupy, obiad, spacer z dziećmi, pranie, wtedy jeszcze przygotowanie się do zajęć na uczelni? Drobiazg. Ale to pozory. Bo okazało się, że życie rodzinne składa się z miliona takich „drobiazgów”. Nie prosiłam o pomoc, zagryzałam zęby i wierzyłam, że wszystko jest kwestią dobrej organizacji. I tak było. Do czasu. Bańka pękła. Doba okazała się za krótka, a ja funkcjonowałam jak zombie. Któregoś wieczora powiedziałam: „Dosyć!”. Zadałam sobie pytanie, czy jako mama chcę tego dla swoich dzieci. Czy chcę dla nich takiej wizji rodziny? Nagle okazało się, że nie ma rady i dłużej nie udźwignę sama domu, czwórki dzieci, życia. Stale byłam sfrustrowana i zła na męża, że pomaga mi zbyt mało. Wtedy uświadomiłam sobie, że coś poszło źle, a my gubimy właśnie klucz do zdrowego funkcjonowania rodziny.
Nie obeszło się bez strat
Tamtego wieczora razem z kartką na stole poleciała pierwsza torpeda zwiastująca zmiany. Długa rozmowa, a następnego dnia zasady w naszym domu uległy zmianie. Wyjaśniliśmy wszystkim, kto będzie za co odpowiedzialny w danym tygodniu.
Dzień później wystartowaliśmy. Starsze dzieci dostały po jednym stałym obowiązku na tydzień. Zadaniem młodszych było partycypowanie w obowiązkach rodziców (w praktyce np. podawanie mokrych ubrań do rozwieszenia). Entuzjazm dzieci do pracy (niestety, tylko początkowy) dodał nam wiatru w żagle. Z czasem, kiedy obowiązki zmieniły status z atrakcji na rutynę, zaczęły się schody, ale nie odpuszczaliśmy. Tłumaczyliśmy dzieciakom, że skoro jesteśmy rodziną i mieszkamy razem, to naszym wspólnym obowiązkiem jest troska o sprawy domu i swoje nawzajem, zgodnie z wiekiem i możliwościami. Natomiast jako rodzice staraliśmy się być konsekwentni, ale i dawać przykład. Nie było i nie jest to łatwe, zwłaszcza kiedy wiem, że moglibyśmy z mężem zrobić większość tych rzeczy szybciej i sprawniej. A tak obserwujemy, jak dzieci uczą się nastawiać zmywarkę czy obsługiwać pralkę – nie bez strat w naczyniach i ubraniach ;) Czasem trzeba coś poprawić, czegoś dopilnować, ale traktujemy to jak inwestycję. W dzieci i ich przyszłość, w nas i naszą teraźniejszość, w dobrostan rodziny i relacji. Bo przecież dom i toczące się w nim życie rodzinne to taki pas startowy dla dzieci w ich dorosłe życie. Trzeba dać im tę przestrzeń, żeby się ćwiczyły w obowiązkach, które kiedyś spoczną na ich barkach, a sobie luz, chwilę wytchnienia i możliwość poczucia dumy z własnych dzieci.
Gra zespołowa ułatwia życie
Odkąd pojawił się w naszym domu najmłodszy, dziecko o DUŻYCH potrzebach, życie całej rodziny stanęło na głowie. Po raz szósty ;) Stąd kolejna kartka na stole i moje wezwanie drużyny na naradę wojenną.
Jako domowy manager życia rodzinnego lub jak mawia mój mąż, nadzorca niewolników, ponownie inicjuję omawianie współpracy i reorganizację obowiązków wszystkich członków rodziny. To lekcja, której nie wyniosłam z domu, więc wdrażanie dzieci do wspólnej odpowiedzialności szło i nadal idzie powoli i opornie. Spotkałam się nawet z krytyką rodziny, która twierdzi, że nasze dzieci są zbyt obciążone (np. wyrzucaniem śmieci, spacerami z psem). Podjęliśmy jednak z mężem decyzję, że priorytetem jest zdrowe funkcjonowanie naszej rodziny i to, by dzieci, opuszczając nasz dom, nie miały dwóch lewych rąk. Bo rodzina to codzienna szkoła życia i miłości. Życie rodzinne jest naprawdę fajną przygodą, kiedy wszyscy domownicy współpracują, a ciężar codzienności rozkłada się na wielu barkach. Już teraz taka gra zespołowa ułatwia i uprzyjemnia życie rodzinne, a w przyszłości z pewnością wyda dobry owoc w młodych rodzinach, które powstaną z naszej gromadki.
Aneta Wardawy