Wychowanie
nr 4 (118) kwiecień 2017

Istnieją osoby mające wrodzoną trudność w mówieniu „nie”, które wolą płynąć z falą, życie wtedy wydaje się pozornie łatwiejsze. Jednak rachunek za zbyt często ogłaszane w życiu kapitulacje prędzej czy później przychodzi nam zapłacić.

Agnieszka Zawisza

Sztuka mówienia „nie”, czyli…

Czy posłuszeństwo i grzeczność to zawsze zalety? Czy bunt dwulatka, czterolatka, nastolatka to dopust Boży czy też wartościowa faza rozwoju? I czy dziecko posłuszne, zgodne, wiecznie pytające o pozwolenie to rzeczywiście dziecko dobrze wychowane?

 

„Bądź grzeczny!” to stwierdzenie, którego bardzo nie lubię. Może dlatego, że nieraz przychodzi mi spotykać dorosłe „produkty” tzw. wychowania do grzeczności – osoby, którym od początku życia mówiono, że posłuszeństwo, poświęcenie się dla innych to największa cnota, a gniew, niezgoda, realizacja własnych potrzeb to egoizm i niegrzeczność. Jednak chociaż ich grzeczności nie można niczego zarzucić, nie są szczęśliwe. Dryfują po powierzchni życia, nie mogąc poradzić sobie z biernością, wypaleniem, ciągłym poczuciem winy, depresją. To ofiary własnej nieumiejętności powiedzenia „nie” tym, którzy z ich pomocą i ich kosztem zaspokajają tylko własne potrzeby. Są na każde zawołanie, rezygnują ze swoich planów, dają się wykorzystywać, bo przecież zawsze słyszały, że mają „kochać bliźniego bardziej niż siebie samego”, że mają nosić brzemiona innych, że zatracanie siebie dla innych to chrześcijański standard.

Owszem, bliźni mają być adresatami naszej miłości, nigdzie jednak nie jest napisane, że mamy ich kochać bardziej niż siebie samych!

 

Poświęcam się, więc mnie kochajcie

Miłość do siebie nie zawsze musi oznaczać narcyzm czy egoizm, może być troską o swoje potrzeby, szacunkiem i miłosierdziem dla samego siebie i jako taka, jest każdemu z nas w życiu niezbędna.  Służenie innym, poświęcenie dla nich swego życia, rezygnacja z wygód, snu, czasu wolnego, rozwijania własnych zainteresowań to postawa piękna tylko wtedy, gdy wynika ze świadomego, wolnego wyboru, z miłości, a nie z powinności czy przekonania, że dzięki temu zasłużę na miłość innych ludzi, a może i Pan Bóg spojrzy na mnie życzliwszym okiem. „Służę, poświęcam się, więc jestem kochana”. Oto motto życiowe wielu z nas, zwłaszcza pań. Dlatego tak często towarzyszy nam rozgoryczenie czy wypominanie swoich niezauważonych przez nikogo zasług. Bo ludzie najczęściej okazują się niewdzięczni, a na Bożą miłość zasłużyć, zapracować się nie da… Ani uczestnictwem w rozlicznych nabożeństwach, ani odmawianiem imponującego zestawu codziennych modlitw, ani pełnieniem dobrych uczynków aż do wyniszczenia siebie. Miłość Bożą otrzymujemy bowiem za darmo! Niezależnie od naszych zasług, a pomimo wpadek. A i drugi człowiek chętniej docenia mniejsze dobro wyświadczone z miłością i radością niż wielki dar, któremu towarzyszą zacięta w niemym męczeństwie twarz i żal w oczach.

 

Kocham, więc chcę służyć

Mnie osobiście o wiele bardziej smakuje śniadanie wielkanocne złożone z kiełbasy, jajek i żurku podprawionego radością Zmartwychwstania niż ponad tuzin wykwintnych dań okraszonych podkreśleniem, że ich całonocne przygotowanie o mało nie wpędziło gospodyni do grobu… „Jestem kochany, więc chcę służyć” – to postawa o wiele bardziej chrześcijańska, w mojej wolności wybieram czynną odpowiedź na bezwarunkową Bożą miłość. Nie zapominam jednakże również o służeniu samemu sobie, mówiąc czasem stanowcze „nie” tym, którzy (niejednokrotnie powołując się na Bożą naukę) próbują obciążać mnie ponad miarę własnymi problemami.

Istnieją osoby mające wrodzoną trudność w mówieniu „nie”, które wolą płynąć z falą, życie wtedy wydaje się pozornie łatwiejsze. Jednak rachunek za zbyt często ogłaszane w życiu kapitulacje prędzej czy później przychodzi nam zapłacić. Czasem ceną jest samotność, nieułożone życie czy bunt ze strony ciała.

 

Eksperyment na dziecku

Dwójka naszych dzieci ma silne charaktery i umie walczyć o swoje. Trzecie to wzór posłuszeństwa, zgodności i poświęcenia. Egzemplarz niezwykle łatwy w wychowaniu i pocieszenie dla rodziców zmęczonych ciągłymi walkami z resztą potomstwa. Początkowo bardzo się cieszyliśmy, że z taką łatwością udaje nam się prowadzić do dorosłości choć jedno z naszych dzieci. Później jednak w serce zaczął się wkradać niepokój. Przecież „tak” nie jest jedyną właściwą odpowiedzią we wszystkich sytuacjach. Czasem „nie” jest konieczne, zwłaszcza gdy ktoś próbuje nas skrzywdzić, atakuje wartości, które są dla nas ważne, lub chce zmusić nas do zrobienia czegoś, czego nie chcemy albo co uważamy na niewłaściwe. Czy dziecko, które nie umie sprzeciwić się nam, rodzicom, będzie umiało sprzeciwić się, kiedy trzeba, komuś obcemu? Czy będzie zdolne samo nadać kierunek swemu życiu, samo stawiać sobie cele i realizować je, gdy prowadząca je jak po sznurku ręka rodzica czy nauczyciela zostanie cofnięta? Kiedy więc nasze posłuszne dziecko zaczęło cierpieć na migreny, miewać lęki, trudności ze snem i obrażać się bez powodu, przyszło nam do głowy, że może to ciało wyraża w nim to, co boi się wyrazić serce. I być może, są to efekty życia w ciągłej rezygnacji, nieustannym zaprzeczeniu własnym chęciom po to, by inni byli szczęśliwi, by w rodzinie panowała harmonia. A może także sposób zasługiwania na miłość, której wcale nie traktuje jako pewnik?

W rodzinie, gdzie wszyscy potrafią przeprowadzić swoją wolę, z natury wycofujący się w obliczu przeszkód flegmatyk-wrażliwiec nie ma łatwo. Trudno mu się przeciwstawić presji otoczenia. Woli unikać spięć. Boi się krytyki czy zasmucenia rodziców. Boi się utraty ich miłości, myśli, że musi na nią zasłużyć. Zastanawiałam się, co zrobić, by dać naszemu dziecku przestrzeń na sprzeciw, na powiedzenie „nie”, na dotarcie do tego, czego samo chce, dając jednocześnie gwarancję, że tego typu eksperymenty nie zakończą się odrzuceniem. Zaproponowałam więc pewne ćwiczenie. Przygotowałam zestaw karteczek ze zdaniami wyrażającymi niezgodę. Dziecko miało je losować i głośno odczytywać. Opór był duży, ale spróbowaliśmy: „Mamo, nie chcę grać w tę grę” – „Rozumiem. Bardzo cię kocham”. „Nie zgadzam się z tobą” – „Oczywiście wolałabym, byśmy byli tego samego zdania, ale i tak cię kocham”.  I tak dalej: „Nie rozpakuję teraz zmywarki, najpierw chcę dokończyć ten rozdział”; „Nie smakuje mi ta zupa i nie chcę jej jeść”; „Nie założę koszulki, którą mi kupiłaś, nie podoba mi się”. Każde tego typu zdanie kończyło się zapewnieniem o miłości i przytuleniem. Od tego eksperymentu wiele się w naszych relacjach zmieniło. Patrząc od strony praktycznej, na gorsze, bo mamy teraz w domu trójkę nieugiętych dyskutantów, ale nerwowo-lękowe napięcie w naszym „grzecznym dziecku” znacznie zelżało.

 

Ryby głosu nie mają, a dzieci?

Dajmy dzieciom możliwość powiedzenia nam „nie”. Jeśli w naszej rodzinie dopuścimy istnienie różnicy zdań, nasze dzieci będą mogły ćwiczyć się w bezpiecznym wytyczaniu swoich granic. Okażmy szacunek granicom fizycznym naszego dziecka, od razu pozytywnie reagując na jego „nie”, gdy ma już dość maminych pieszczot lub tatusiowych łaskotek, gdy nie chce całować prababci lub jeść tą samą łyżeczką co rodzic. Dziecko poczuje, że ma wpływ na swoje życie, także na decyzje dotyczące rodziny, jeśli będzie mogło odmówić wyjścia na basen, bo nie ma ochoty na pływanie, bez narażania się na przymus, odmowę miłości czy manipulację smutną lub obrażoną miną mamy. Jeśli nasze dzieci będą mogły w naszym domu ćwiczyć się w mówieniu „nie” ważnym dla siebie ludziom, czyli nam – bez ryzyka utraty naszej miłości – staną się silniejsze, bardziej odporne na presję rówieśników, manipulację nauczyciela.

„Mamo, czy mogę zdjąć buty?” – zapytało nas kiedyś nasze posłuszne dziecko w trzeciej godzinie wspólnej podróży samochodem. W tym czasie reszta jego rodzeństwa od dawna już siedziała w skarpetkach i nawet przez myśl im nie przyszło, by o cokolwiek pytać. „Mamo, czy mogę coś zjeść?” – „Dziecko, przecież na lodówce nie wisi kłódka”. „Mamo, czy mam założyć bluzę?” – „A zimno ci?”. Jestem głodny, jem. Jestem zmęczony, śpię. Nie każdy daje sobie prawo do słuchania siebie i pójścia za własnymi potrzebami. Możliwość „bezkarnego” powiedzenia „nie” w rodzinie pomaga dokopać się do swych potrzeb, uznać je i wziąć za nie odpowiedzialność. Dzieciom, które uczą się szanować własne pragnienia, w życiu dorosłym rzadziej grozi syndrom wypalenia się – częsta przypadłość tych, którzy niedostatecznie o siebie dbają. Łatwiej im też wziąć odpowiedzialność za swój los, za swoje wybory i uwierzyć, że ich sukces zależy przede wszystkim od nich, a nie od okoliczności zewnętrznych. Nie łammy naszych dzieci, nie tłamśmy ich w imię bliżej nieokreślonej grzeczności, nie każmy im dusić w zarodku gniewu, smutku czy żalu, lecz nauczmy, jak je w sposób akceptowalny wyrażać. Pozwólmy dzieciom sprzeciwiać się nam, rodzicom, słuchajmy ich zdania, bierzmy je pod uwagę, bo być może, ryby rzeczywiście głosu nie mają, ale dzieci w naszej rodzinie zdecydowanie powinny go mieć.

 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK