Wychowanie
nr 3 (117) marzec 2017

Dyscyplina, samokontrola i poświęcenie bardzo przydadzą im się w tych zmaganiach.

Agnieszka Zawisza

Nasze posty

Post nie ma dzisiaj dobrej prasy. Można powiedzieć, że w wielu środowiskach poszczenie ze względów religijnych to wręcz obciach. Co innego głodówka oczyszczająca, dieta kopenhaska, kapuściana, plaż południowych czy Dukana.

 

 

Pozbycie się dodatkowych kilogramów – jak najbardziej, odtrucie organizmu, usunięcie toksyn – czemu nie, odmłodzenie wieku metabolicznego – zrozumiałe, ale Wielki Post trąci zaściankiem. W dobie indywidualizmu i gloryfikacji osobistej wolności i tolerancji nie lubimy, gdy narzuca się nam ograniczenia. W imię czego mamy sobie czegokolwiek odmawiać? Tradycji? No i po co? Jan Bereza, benedyktyński mnich, w książce „Posty i tosty” pisze: „Zdrowie fizyczne i duchowe stanowią jedność. Obfitość spożywanych pokarmów osłabia wewnętrzną czujność człowieka i moc ducha, który niejako jednocześnie z ciałem jest otępiały, mniej skłonny do walki ze złem”.

Jesteś tym, co jesz, co oglądasz, czego słuchasz, czym nasiąkasz, z kim przestajesz. To, co robisz ze swoim ciałem, ma wpływ na twoją duszę, emocje, umysł – i odwrotnie. I może być to wpływ zarówno błogosławiony, jak i degenerujący. Obżarstwo i pijaństwo sprawiły, że biblijny król Herod, sam straciwszy głowę dla roztańczonej Salome, doprowadził do ścięcia Jana Chrzciciela, mimo że wcale tego nie chciał. „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa” – przestrzega Ewangelista Łukasz, bo serce to pole bitwy między dobrem a złem, a leniwemu sercu wybór zła przyjdzie z większą łatwością.

 

Styl bezalkoholowy

Post nie jest celem samym w sobie. Ma służyć wzmocnieniu naszej duchowej tężyzny, pomóc w pokonaniu zniewoleń czy uzależnień, nauczyć wdzięczności. Jest szansą na oczyszczenie serca, by zrobić w nim trochę miejsca dla Boga. Od lat aktywnie uczestniczymy z mężem w postnej inicjatywie wywodzącej się z Ruchu Światło-Życie, zwanej Krucjatą Wyzwolenia Człowieka. Pod tą militarnie brzmiącą nazwą kryje się całkowity post od napojów alkoholowych oraz konkretny styl życia, tj. niekupowanie, nieprzyjmowanie alkoholu i nieczęstowanie nim. W dziele uczestniczą tysiące osób, chcących w ten sposób duchowo, ale także poprzez przykład własnego życia, wesprzeć tych, którzy nie umieją o własnych siłach uwolnić się z nałogu. Podjęty post ma skutki terapeutyczne także dla poszczącego. Wraz z wyrzeczeniem i modlitwą przychodzi bowiem również przebaczenie osobie uzależnionej: mamie, tacie, dziecku. Efektem ubocznym podjętego postu jest również wzmocniony charakter „krucjatowca”, który zaprawiony w sztuce radzenia sobie z presją grupy, z większą łatwością oprze się np. atmosferze zbyt bliskiej firmowej integracji czy odważnie przyzna się do chrześcijańskiego światopoglądu.

 

Zakupowy odwyk

Bardzo trudno stawiać ograniczenia samemu sobie. Trudno zobaczyć własne zniewolenia. Kilka lat temu raz w tygodniu pracowałam w okolicach wielkiego sklepu outletowego. Rzadko kiedy w drodze powrotnej udawało mi się do niego nie zajrzeć, wizja trafienia na nieoczekiwaną promocję czy dodatkową obniżkę była zbyt kusząca. Sprawa nie wyglądała groźnie. Kiedy jednak poddałam się w Wielkim Poście profilaktycznemu zakupowemu odwykowi, poczułam, że brakuje mi tej odrobiny przyjemności, tej ekscytacji polowania na najlepsze okazje, które przecież już się nie powtórzą. Na szczęście czterdziestodniowe odtrucie zrobiło swoje, w umyśle otumanionym neonowym hipermarketowym światłem przestało wreszcie natarczywie migać wielkie czerwone „sale”, a konto bankowe odetchnęło. Był też czas, by zrobić finansowe podsumowanie mego zakupoholizmu i poczynić mocne postanowienie poprawy.

 

Dni bez słodyczy

Nasze dzieci też poszczą, i to w sposób ścisły. Na dodatek całymi latami. Ich stały post to wstrzemięźliwość od słodyczy we wszystkie dni tygodnia – z wyjątkiem niedziel oraz jednego dowolnie wybranego przez siebie dnia w tygodniu. Codzienny post od słodkości nie jest łatwy. W szkole pokusą stają się batonikowe podwieczorki czy cukierki urodzinowe, którymi częstują koledzy. Niełatwo powiedzieć „nie”, gdy cała klasa zajada się smakołykami, niełatwo odmówić koleżance czy wygrać z własną przemożną ochotą. Pewną ulgę przynosi narzekanie raz na jakiś czas na sadystycznych rodziców. Ogólnie jednak walkę toczyć trzeba każdego dnia. A nasi wojownicy wojują naprawdę dzielnie. Skwapliwie przechowują otrzymane od kolegów, fryzjera czy lekarza cukierki lub lizaki po to, by ze smakiem spałaszować je w jednym z dni słodyczowych. Czasem oddają komuś zdobycz, by nie stała się pokusą do złego. A pokusy przychodzą. „Zjedz, przecież nikt się nie dowie” – szepcze koleżanka. „Weź, nie musisz mówić rodzicom” – radzi dziadek czy babcia. „Po co to całe dziecięce uciemiężenie?” – pytają nas sceptycy. „W trosce nie tylko o figurę czy zęby, ale przede wszystkim o ducha naszych pociech” – odpowiadamy. Dzieci uczą się odraczać przyjemność w czasie, uczą się odmawiać – także większej grupie nacisku. Jeśli już teraz wyrobią w sobie zdolność wytrzymania presji grupy, radzenia sobie z kpinami, politowaniem, presją przyjaciół czy rodziny, jest duża szansa, że wystarczy im hartu ducha, by w przyszłości odmówić alkoholu, papierosów czy narkotyków; by bronić tego, co uważają za słuszne, także w pojedynkę. A to dużo ważniejsze od hołdowania łakomstwu. Zawsze wylewnie doceniamy wygrane walki. Zdarzają się także porażki, próby naruszenia postu i mniejsze lub większe oszustwa z tym związane. Zwykle mają one krótkie nogi i są okazją do długich rozmów na temat zaufania, kłamstwa i jego konsekwencji. A konsekwencje upadku są odczuwane przez winowajcę na własnej skórze w postaci odebranych przywilejów i zszarganej reputacji, ale przede wszystkim utraty dotychczasowego kredytu zaufania (a budowanie wiarygodności kredytowej od zera to trudne zadanie). Tego typu lekcje dzieci zapamiętują boleśnie i na długo. Ktoś zapyta: „Czy jest sens wodzić dzieci na pokuszenie i stresować z tak błahego powodu? Czy nie wystarczy nauczyć je umiaru? Po co ten cały post?”. Oczywiście można inaczej wpoić dzieciom powściągliwość, słodycze są tylko pretekstem. Nauka uczciwości, kształtowanie mocnego kręgosłupa moralnego i prawego charakteru odbywają się przecież w codzienności, w zwykłych sprawach. Tak jak w sporcie, tak i w życiu duchowym, aby coś osiągnąć, jest konieczny codzienny trening, nierzadko wymagający i bolesny, nieraz pojawiają się duchowe zakwasy. Jeśli jednak wytrzymamy ból i niewygody, zyskamy siłę i odporność. Życie to nie bajka. Nasze dzieci będą potrzebować hartu ducha, by wziąć się z nim za bary. Dyscyplina, samokontrola i poświęcenie bardzo przydadzą im się w tych zmaganiach.

 

Limity czasowe

Kolejną lekcją w szkole samodyscypliny są ograniczenia nakładane na korzystanie z telewizji, komputera czy telefonu. W naszej rodzinie telewizora nigdy nie było, ale można obejrzeć film na projektorze, ponieważ jednak włączenie całego sprzętu wymaga więcej wysiłku niż wciśnięcie przycisku pilota, jest okazja do refleksji. Czy naprawdę mam dziś czas na seans? Jaką pozycję z naszej kompletowanej dość krytycznie filmoteki chcę obejrzeć? Nie przeskakuję bezmyślnie między kanałami, nie muszę chłonąć reklam.

Bajki nasze dzieci mogą oglądać w tzw. dni bajkowe, a do tabletu są zobowiązane zbliżać się tylko z minutnikiem w ręku, by móc świadomie i na bieżąco zdecydować, ile czasu z tygodniowej puli chcą wykorzystać danego dnia. O powodach tych ograniczeń zawsze otwarcie z dziećmi rozmawiamy, nasza młodzież ma również pewien wpływ na wysokość ustalanych limitów czasowych. Dzieci wiedzą, że potrzebują czasu na naukę, zabawę z rówieśnikami, czytanie, aktywności rodzinne i że te ograniczenia ten czas im gwarantują. Doświadczyły już, co się dzieje, gdy granice rozsądku zostaną przekroczone, a gra komputerowa wciągnie za bardzo, wiedzą, że stan nasycenia trudno osiągnąć i szybko pojawiają się złość i agresja. Same więc pilnują czasu gry. Nie chcemy ich wciąż kontrolować, lecz uczyć samokontroli. Oczywiście zdarzają się nadużycia, więc zachowujemy czujność. Jednak walka coraz częściej toczy się na innej linii frontu, gdzie przeciwnikiem już nie jest rodzic, którego próbuję sfaulować, ale pokusa, zachcianka czy własna słabość.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK