Wychowanie
nr 7-8 (109-110) LIPIEC-SIERPIEŃ 2016

Czy jest jakieś wyjście? Jak możemy się bronić przed zachciankami naszej dzieciarni?

 
Agnieszka Zawisza

Mamo, kup mi

Wakacyjne atrakcje kuszą, portfel chudnie w oczach, a my mamy serdecznie dość ciągłego powtarzania: „Nie, nie możesz, przecież już to jadłeś. Zostaw tę chińszczyznę, zaraz się zepsuje”. Czy jest jakieś wyjście? Jak możemy się bronić przed zachciankami naszej dzieciarni?

 

 

 

„Mamo, kup mi loda! Mamo, mogę gofra, naleśnika, rurkę, watę cukrową?! Tato, zobacz, tam są gokarty, mogę? Tato, dmuchany zamek! Automat z kuleczkami, wesołe miasteczko, trampolina, przejażdżka na kucyku, rejs na dmuchanym na bananie, piłka «glut», jajko niespodzianka! Mamo, tato, błagam!”. Któż tego nie zna? Wakacje oprócz niepewnej pogody i pewnych korków niosą ze sobą jeszcze jedno zagrożenie. Przydrożne stragany, lodziarnie i wesołe miasteczka to wylęgarnia pokus, przed którymi trudno uciec. Trzeci dzień wczasów, a my już mielibyśmy ochotę zaopatrzyć nasze dziecko w klapki na oczy lub zakneblować choćby na chwilę. Czy jest jakieś wyjście? Jak możemy się bronić przed zachciankami naszej dzieciarni?

 

Wakacyjna dniówka

W naszej rodzinie przećwiczyliśmy kilka rozwiązań. Gdy dzieci były w wieku przedszkolnym, umęczeni powyższym zestawem pytań ćwiczonym kilka razy dziennie, ad hoc wprowadziliśmy tzw. wakacyjną dniówkę. Każde dziecko otrzymywało kilka złotych dziennie na własne wydatki. Pięć złotych dziennie to i mało, i dużo, w zależności od tego, czy jesteśmy w leśniczówce w leśnej głuszy czy na Krupówkach. To jednak dość, by sprowokować w dziecku następujący dialog wewnętrzny. „Skoro gałka lodów kosztuje ok. 2,5 zł, to dziennie mogę mieć dwie, ale gofra już tylko jednego, bo liczą za niego 4 zł, i to bez dodatków. Co się bardziej opłaca? No chyba że gokart? Ale cena to 6 zł za 10 minut. A może przyoszczędzić jednego dnia lub wynegocjować przejażdżkę przez 5 minut?”. Przymusowa nauka gospodarowania własnym budżetem w wieku 4-5 lat idzie na wakacjach niewiarygodnie sprawnie. Kreatywność dzieci postępuje, podobnie jak nauka odraczania przyjemności czy dokonywania dramatycznych wyborów (Lody czy gofr? A może jednak trampolina?).Pomysłowość i zaradność pociech okazują się niegraniczone. Bo przecież można dogadać się z panią z lodziarni na pół gałki lodów, a za resztę zakupić kilka minut szaleństwa na dmuchanej zjeżdżalni… Pojawia się pomysł oszczędzania. Bo może warto powstrzymać konsumpcyjne żądze przez jeden dzień i już następnego pozwolić sobie na podniebne loty na bungee trampolinie. Obserwowanie zachowań dzieci było fascynujące. Przy okazji okazało się, że z własnym pieniądzem znacznie trudniej się rozstać niż z tym płynącym z kieszeni rodziców. Przyspieszony kurs zarządzania finansami zostaje przez przedszkolaki zaliczony w mig, a rodzice mogą spędzać urlop wolni od uciążliwego nękania.

 

Dobra lokata

Kolejną, bardziej długofalową metodą, którą wprowadziliśmy, gdy dzieci podrosły, była strategia systematycznego oszczędzania na wakacje w ciągu roku szkolnego. Dzieci dostają kieszonkowe co tydzień, wysokością dostosowane do ich wieku (tyle złotych, ile lat). Czasem dochodzi wsparcie dziadków, wujków czy cioć. Otrzymane pieniądze mają rozdzielić według własnego uznania na trzy części: wydatki bieżące idą do jednej skarbonki, oszczędności do drugiej, do trzeciej środki przeznaczone na dobroczynność. To z tej ostatniej puli dzieci opłacają adopcję serca w szkole, biorą na tacę w niedziele czy zaradzają doraźnym potrzebom bliźnich. Dzięki temu zaczynają rozumieć, że nie żyją na tym świecie same. Wydatki bieżące, zwane też zachciankami, nasza młodzież załatwia w ramach pierwszej skarbonki: guma, mentos, chipsy, lody idą więc z ich kasy, a nie naszej. No, przynajmniej nie bezpośrednio… Dzięki temu systemowi wspólne wyjście na zakupy z dziećmi przestało być dla nas, rodziców, koszmarem. „Mogę kupić sobie batona?”. „Możesz. Tylko sprawdź, czy wziąłeś portfel”. I już główka pracuje, bo to, co zwykle warte jest naszych pieniędzy, okazuje się nierzadko niewarte własnych. Przeliczają, kalkulują. Uczą się rozróżniania potrzeb (te zaspokajamy my), pragnień i marzeń od zachcianek czy zwykłego trwonienia pieniędzy. Oszczędzanie to jedna z tych ważnych w życiu dorosłym umiejętności, których chcemy nauczyć nasze dzieci. Dlatego zdecydowaliśmy się na ogłoszenie promocji, w ramach której oszczędności odkładane z kieszonkowego w ciągu roku są przez rodziców pod koniec czerwca podwajane. Im więcej oszczędzisz, tym więcej zyskasz. Tak dobrej lokaty jak w domowym banku nie znajdzie się nigdzie indziej, może być ona jednakże dość ryzykowna dla naszego budżetu, gdy trafi nam się ciułacz dusigrosz.

 

Prawa rynku

Sztuka zarządzania pieniędzmi jest ważną sprawą. Stopniowe zapoznawanie dzieci z prawami rządzącymi promocjami, reklamą, ostrzeżenie przed pułapkami bezrefleksyjnej pogoni za markowymi towarami to także nasze zadanie, którego nie warto odkładać na okres dojrzewania lub wczesnej dorosłości, kiedy to dzieci chętniej niż nas, rodziców, będą słuchały rówieśników. Lepiej, by jak najwcześniej i na mniejszą skalę nasze dzieci odczuły konsekwencje nieprzemyślanych zakupów, konsumenckiej łatwowierności, ulegania natrętnej reklamie czy sprzedawcy usiłującemu nimi manipulować. Taka nauka w życiu dorosłym będzie kosztować je znacznie więcej. Finanse mogą stać się również doskonałym narzędziem dyscyplinującym, pomocnym przy wdrażaniu dzieci w domowe obowiązki. Co mam na myśli? W życiu dorosłym niewiele dostajemy za darmo, zazwyczaj każda rzecz, usługa kosztuje. Jeśli czegoś nie chce nam się robić, musimy najczęściej zapłacić komuś innemu, by to zrobił za nas. Próby nauczenia jednego z naszych potomków wkładania ubrań do szafy zamiast rozścielania ich po podłodze nosiły w naszym przypadku znamiona syzyfowej pracy. Od systematycznych napomnień głos nam się zdzierał, a nerwy napinały się jak postronki. Wystarczyło jednak kilka dni przyspieszonego kursu życia opartego na płatnym świadczeniu usług sprzątających i o sprawie mogliśmy zapomnieć. Za każdą rzecz podniesioną z podłogi przez kogoś innego delikwent musiał uiścić opłatę manipulacyjną. Z pierwszej tygodniówki nie zostało mu nic. W drugim tygodniu szkolenia wystarczyło mu jedynie na tacę, ale w trzecim na podłodze leżał już tylko dywan. Szybkie przeliczenie siły nabywczej pieniądza wystarczyło, by pomijany dotąd obowiązek sprzątania stał się drugą naturą początkującego biznesmena. Oczywiście pieniądze nie załatwią wszystkich kwestii wychowawczych, należy jednak podkreślić, że uderzenie po kieszeni to doskonały bat na pewne uciążliwe słabostki. Nieubłagane prawa rynku w służbie kształtowania charakteru? Może nie w ramach systematycznej pracy wychowawczej, ale jako pomoc doraźna, gdy winowajca nie rokuje poprawy? Warto spróbować, bo skuteczności tej metodzie trudno odmówić.

 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK