Wychowanie
nr 2 (116) luty 2017

Gdy dziecko staje się dla nas najważniejsze, nie unikniemy w przyszłości bolesnych rozczarowań.

Agnieszka Zawisza

Dzieci nie są pępkiem świata

Co twórczego zrobiłaś w ciągu ostatniego tygodnia, aby serce twego męża zabiło szybciej? I nie pytam o patent na jakiś wyjątkowo kreatywny sposób na wyprowadzenie go z równowagi.

 

 

„Dzieci muszą wiedzieć, że dla mnie najważniejsza jest ich mama” – zauważył jeden z ojców na warsztatach o budowaniu więzi w rodzinie. „Ale przecież nie można powiedzieć czegoś takiego dziecku, mogłoby poczuć się odrzucone” – zaoponował inny rodzic. Większość zebranego gremium zgodnie uznała, że rzeczywiście nie wolno nam narażać naszych pociech na podobne przykrości. Nawet gdybyśmy mieli prawo stawiać współmałżonka ponad własne potomstwo (choć miałam wrażenie, że pomysł wydał się niektórym zgoła niedorzeczny), to przynajmniej powinniśmy to robić po cichu, by dziecko w żadnym razie nie zorientowało się zbyt wcześnie, że nie jest pępkiem świata.

 

Zdemolowani rodzice

Poczułam narastający bunt. A dlaczego dziecko miałoby o tym nie wiedzieć? W czym może mu zaszkodzić świadomość, że tatuś kocha mamę najbardziej na świecie, a mamusia kocha tatusia równie mocno? Razem zaś kochają swoje dzieci. Krzysztof Klajs, psycholog i psychoterapeuta, przestrzega w czasopiśmie „Zbliżenia”, że panujące w rodzinie przekonanie, iż dziecko jest najważniejsze, może mieć dramatyczne skutki. Dramatyczne dla dziecka, które wyrasta w przekonaniu, że jest centrum wszechświata, a rzeczywistość (m.in. szkolna) szybko to weryfikuje. I równie tragiczne skutki dla rodziców, którzy zakładając, że dziecko jest najważniejsze, sygnalizują sobie nawzajem, że nie są dla siebie ważni: „A przecież najpierw była konkretna para i małżonkowie byli dla siebie atrakcyjni, dopiero potem pojawiło się dziecko. Dziecko ma być dopełnieniem, a nie zastąpieniem małżeńskiej miłości. Kiedy dziecko będzie chciało się usamodzielnić, będzie musiało to zrobić przez naturalną agresję do rodziców i rodzice zostaną zdemolowani albo dziecko samo się zdemoluje, czyli zrezygnuje z siebie na rzecz rodzinnych przekazów, że trzeba poświęcić się dla rodziców. Wtedy będzie robić różne rzeczy, które nie będą z nim w zgodzie”. I będzie nieszczęśliwe.

 

Miejsce na kanapie

Któregoś wieczoru siedzieliśmy z mężem na kanapie. Gdy mąż na chwilę wstał, puste miejsce u mego boku natychmiast zajęła nasza najmłodsza pociecha. „Tata zaraz wróci – ostrzegłam – i wtedy będziesz musiał ustąpić mu miejsca”. „Dlaczego?”. „Bo tata jest moim mężem i jest dla mnie najważniejszy”. „Nieee, przecież to mnie kochasz najbardziej” – zaprzeczył z rozbrajającą szczerością synek. „Jesteś moim kochanym synkiem i zawsze tak będzie – potwierdziłam – ale dostałam cię tylko na jakiś czas. Mam się o ciebie troszczyć, wychowywać, kochać, ale przyjdzie taki czas, gdy będę musiała cię komuś oddać. Czy naprawdę chciałbyś, bym – kiedy postanowisz się ożenić – płakała, że nie możesz mnie opuścić, bo przecież jesteś dla mnie najważniejszy?”. Syn spojrzał na mnie badawczo, sprawa zdecydowanie wymagała przemyślenia. Przytuliliśmy się. Myślę, że poczuł lekkie ukłucie zazdrości, jednak ten chwilowy dyskomfort to dość niska cena za otrzymane właśnie prawo do wolności i poczucia, że kiedy dorośnie, będzie mógł bez przeszkód odejść i ułożyć sobie życie po swojemu, bez przygniatającej świadomości, że jest mi cokolwiek winny.

Gdy dziecko staje się dla nas najważniejsze, nie unikniemy w przyszłości bolesnych rozczarowań. Dzieci są przecież tym owocem naszej miłości, który kiedyś będziemy musieli pozwolić zerwać komuś innemu. Co się z nami stanie, gdy nasze dzieci będą chciały opuścić rodzinne gniazdo? Czy nasze wspólne małżeńskie życie straci sens, czy będziemy jeszcze mieli o czym rozmawiać? Oczywiście, jak radzi moja doświadczona sąsiadka, zawsze można sobie wtedy kupić psa, ale czy o to chodzi, by  szukać sztucznych zapychaczy pustego miejsca między nami, zamiast budować prawdziwą i jednoczącą więź?

 

Zapomniane randki

Pamiętam warsztaty małżeńskie, w czasie których jeden z uczestników, ojciec kilkorga dzieci, chcąc zrobić przyjemność żonie, powziął postanowienie, że odtąd raz w roku będzie ją zabierał na randkę. Na uwagę prowadzącego, że to chyba jednak zdecydowanie zbyt rzadko, żona wtrąciła wyjaśniająco: „To i tak dobrze, bo my od pięciu lat nigdzie we dwoje nie byliśmy”.

Jedna z moich koleżanek, święta mama szóstki dzieci, napisała mi niedawno, jak po kryzysowej sytuacji małżeńskiej mąż telefonicznie zapowiedział, że wróci wcześniej z pracy, że zamówił opiekunkę do dzieci, bo zabiera ją na spacer, by spokojnie porozmawiać. Jej smutek natychmiast zniknął. „Byłam podekscytowana jak przed pierwszymi naszymi randkami – wspomina. – Czekałam z niecierpliwością. Wyszliśmy na spacer, chodziliśmy uliczkami, trzymałam męża pod rękę. Rozmawialiśmy, czasem przystawaliśmy, aby się pocałować. Cudownie, po prostu siódme niebo. Później zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak skrajnych stanów psychicznych doświadczyłam. Najpierw dojmujący smutek, potem euforia. I stwierdzam, że potrzebowałam, aby mąż zajął się tylko mną. Potrzebowałam konkretnie poczuć, że jestem dla niego ważniejsza od dzieci, że jestem najważniejsza. Potrzebowałam, aby pobył tylko ze mną, całą uwagę skierował na mnie”.

Dlatego wielu doradców małżeńskich zaleca, by każde małżeństwo wychodziło na randki co najmniej raz na dwa tygodnie, a od czasu do czasu zorganizowało sobie także krótki wyjazd bez dzieci. „Miłość to przyjmowanie i dawanie – podkreśla moja znajoma. – Dla kobiety randka z mężem, przebywanie tylko we dwoje jest czasem przyjmowania, ładowania baterii, pobierania miłości od męża, by potem przekazać ją dzieciom, które z matki energię raczej wysysają. Dlatego żona potrzebuje randek”.

 

Puste deklaracje

Jeśli uważamy, że problem zbytniego zorientowania na dzieci, przy jednoczesnym zaniedbywaniu współmałżonka, nas nie dotyczy – przeanalizujmy, ile czasu w tygodniu poświęcamy dzieciom, współmałżonkowi, pracy, hobby, Bogu. Czy nasze czyny rzeczywiście idą w parze z deklaracjami? Bo gdzie czas i wysiłek twój, „tam i serce twoje”. Linda Dillow, autorka „Twórczej partnerki”, przyznaje: „Mąż miał pierwszeństwo w moim sercu i umyśle, ale moje czyny nigdy tego nie potwierdzały”. Bo potrzeby dzieci były pilniejsze. Podobno dla wielu mężów największym problemem w małżeństwie jest nuda. Co twórczego zrobiłaś w ciągu ostatniego tygodnia, aby serce twego męża zabiło szybciej? I nie pytam o patent na jakiś wyjątkowo kreatywny sposób na wyprowadzenie go z równowagi.

Istnieje zasadnicza różnica między miłością małżeńską a rodzicielską. W tej pierwszej dwoje odrębnych ludzi ma się stać jednością. Nie stanie się to bezboleśnie, wymaga dużych nakładów. W miłości rodzicielskiej ludzie żyjący początkowo w symbiozie muszą się rozdzielić. Ten proces z kolei wymaga stopniowego zrzekania się rodzicielskich udziałów większościowych. Dlatego prawdziwym sprawdzianem miłości rodziców jest czas dorastania dziecka, gotowość do pogodzenia się z jego odejściem. Przyznanie dziecku statusu najważniejszego w rodzinie ani jemu, ani nam tej separacji nie ułatwi.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. OK